niedziela, 10 kwietnia 2011

Z rodziną tylko na zdjęciu?

Do czego potrzebna nam rodzina?
Jak zwykle narażę się wielu osobom, ale muszę to powiedzieć: Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach rodzina szeroko pojęta, a więc nie małżeństwo z dzieckiem, tylko dziadkowie, rodzeństwo, ich małżonkowie, ich dzieci, prababcie i ciotki... stają się raczej balastem, niż najbliższymi ludźmi, z którymi pragniemy się spotykać.
Dla ludzi żyjących zwłaszcza w dużych miastach, robiących kariery lub dopiero będących na dorobku, obowiązek regularnego spotykania się z rodziną w pewnym momencie staje się nieznośnym ciężarem.
Wiadomo, że nikt nie powie głośno: Mam to gdzieś! Muszę zadbać o siebie i moich najbliższych, a o tych innych niech zadba państwo... W większości z nas tkwią moralne imperatywy, od których nie uciekniemy. Jeśli ci "inni" są samotni, chorzy i pozbawieni opieki, łatwiej nam się nagiąć do obowiązku pomocy. Trudniej, kiedy są to osoby pełnosprawne, a wymagające od nas tylko obecności, i to jedynie dlatego, że "jesteśmy rodziną".
Skąd wzięły się dowcipy typu: Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu, bo można obciąć...? Prosta rzecz - bo rodziny się nie wybiera, a to oznacza, że jest ona, mówiąc delikatnie, różna. Na ogół dzieli nas wszystko.
Pierwszy przykład: rodzeństwo! Jeśli w rodzinie było dwoje dzieci, to przeważnie to młodsze jest z różnych powodów "słabsze", a więc bardziej niezaradne, wymagające ciągłej opieki. Starsze musi zdobywać wszystko samo, młodszemu rodzice zawsze pomagają. Tylko w mojej najbliższej rodzinie i wśród przyjaciół mogę wymienić 6 takich rodzeństw. Płaszczyzna porozumienia między nimi jest kiepska, albo żadna. Spotykanie się przy stole często prowadzi do niesnasek, czy wręcz otwartych konfliktów, kiedy to starsze może tylko bezradnie zaciskać zęby patrząc, jak pięknie młodsze manipuluje rodzicami.
Zupełnie inny problem to różnice w poglądach, politycznych i innych... Czy ktoś potrafi sobie wyobrazić przy jednym stole posła Jacka Kurskiego i dziennikarza Gazety Wyborczej, Jarosława? Ja też nie.

Za rodzeństwem oczywiście idą ich małżonkowie, którzy też pochodzą z różnych środowisk, mają inne nawyki, poglądy, pretensje... Do tego dochodzą słynne teściowe, które są w stanie rozbić najlepsze małżeństwo. Akurat mój mąż uwielbia swoją teściową, ale średnia statystyczna jest jednak zgoła inna. Spotkanie rodzinne z "mamusią" często przypomina te z reklamy Ikei ("Ty tu urządzisz") i niejeden zięć z rozkoszą utopiłby mamusię w kubku, w którym trzyma zęby. Jak pięknie powiedział Poniedzielski: Żeniąc się z kobietą, teściową niejako dostajemy w promocji. Nie ma na to rady...
Zresztą rodzona matka potrafi być równie wkurzająca dla syna czy córki, zwłaszcza gdy na świecie jest już jakieś małe stworzenie i tylko ona wie, jak należy je pielęgnować...

Powraca pytanie, co nam dają te rodzinne spotkania? Czy rodzina jest nam potrzebna jako pewien filar, na którym możemy się wesprzeć? Jako dowód, że mamy jakieś korzenie, a nie przyniósł nas bocian? Jako źródło tradycji, żeby nasze dzieci nie wkładały do koszyczka Wielkanocnego Gwiazdy Betlejemskiej albo I-Poda? Czy jako bezpłatna pomoc, kiedy trzeba komuś podrzucić maleństwo? A może jednak jako wsparcie i lekarstwo na samotność, zwłaszcza kiedy rzuci nas towarzysz życia? A może rodzina jest tylko synonimem uciążliwego obowiązku, którym zostaliśmy obarczeni bez naszej zgody, niczego dobrego w zamian od niej nie dostając?
Czy byłoby nam bez niej lepiej?
Spróbujmy wyobrazić sobie coś na kształt filmu "Dzień bez Meksykanów", kiedy pewnego dnia budzimy się rano, a tu ... nikogusieńko! Tylko my, nasz partner i ewentualnie dzieci... Żadnej rodzinki! Żadnych obowiązków, proszonych obiadków, przymusu dzwonienia i odwiedzania... Nieskrępowana wolność, zero gderania, święta za granicą.... Aż chciałoby się zatelefonować z radości do...
No właśnie, do kogo?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz