Nadchodzą święta Wielkanocne i jak co roku większość z nas przeżyje ambiwalencję uczuć, od radości począwszy, poprzez pewien dyskomfort, lęk, duży stres, a skończywszy na prawdziwej panice.
Chyba nic nie budzi w nas tak sprzecznych emocji: z jednej strony człowiek jest zwierzęciem stadnym i ma naturalną potrzebę spotkania się z drugim, bliskim człowiekiem przy świątecznym stole. Do tego nawyki, tradycje wyniesione z domu, nie pozwalają przejść nad tym obojętnie.
Z drugiej zaś strony obawy jakie tym spotkaniom towarzyszą, każą czasem zadać sobie pytanie: Czy warto?
Opinii będzie całe mnóstwo, ale chyba z grubsza społeczeństwo w tym temacie daje się podzielić na 3 grupy.
Pierwsza grupa to osoby absolutnie szczęśliwe, że w ten dzień mają pod jednym dachem rodziców i dzieci, czasem rodzeństwo i dziadków. Cieszą się, że rzadko bo rzadko, ale spotkają się ze sobą ludzie, którzy na co dzień albo nie mają czasu, albo ochoty tego robić, a w święta nie mają wymówki.
Do tej grupy na ogół należą osoby starsze, często już niepracujące, które nie widują swoich bliskich zbyt często, w tym rodzice dzieci przebywających za granicą. Należą do nich także młodsi, którzy z różnych powodów są samotni i nawet stojąc buńczucznie na pozycji singla, któremu nikt inny nie jest do szczęścia potrzebny, jednak gnają do rodziny na święta jak w dym, doceniając to, że w ogóle mają dokąd gnać. Bo ci, co nie mają, mają gorzej.
Do tej grupy należą też osoby, które wskutek szczęśliwego zrządzenia losu naprawdę przeżywają wspaniałe święta i czekają na następne z utęsknieniem. Niestety, nie wiemy ile ich jest, ale raczej nie stanowią większości.
Grupa znajdująca się na skrajnie przeciwnym biegunie to ci, którzy święta, mówiąc dosadnie, olewają. Uważają, że nie ma w nich przyjemnego, poza odwalaniem pańszczyzny, że w życiu mają tak mało czasu na przyjemności, że wolą ten czas spędzić samotnie lub z partnerem. Wyjechać w ładne miejsce, nie stać przy garach, bo ktoś ich obsłuży, spacerować po lesie, albo po piramidach, słuchać muzyki, zamiast gderania matki, czy teściowej, łazić w piżamie do południa, zamiast od świtu lecieć ze święconką itp.
Trzecia grupa chyba jest najliczniejsza. To osoby w każdym wieku, pochodzące zarówno z dużych jak i maleńkich miast, o wyższym lub niższym wykształceniu, będące w związku lub nie, ... które nie cierpią świąt, ale nie mają dość siły, aby sprzeciwić się dyktatowi. Należy do nich często typowa gospodyni domowa, która te święta musi fizycznie przygotować. Nastać się w kuchni od rana do wieczora, przytargawszy uprzednio ilość jedzenia, która wyżywiłaby afrykańską wioskę przez pół roku. Musi poprać, wyprasować i rozwiesić te cholerne firany, udekorować stół, wymalować jaja, napiec mięs i ciast, a w zamian za to potem musi wysłuchiwać przez kilka godzin, jak rodzina prawi sobie złośliwości przy stole, albo wręcz skacze do gardeł.
Do tej grupy należy zapewne mąż gospodyni, który nie ma pożytku z żony przez kilka dni, sam też jest goniony do dźwigania zakupów czy trzepania dywanów, a potem musi się uśmiechać do teściowej, i znosić jej krytyczne uwagi na temat np. swojej zawodowej kariery. Dzieci też są uziemione, zwłaszcza że to nie Boże Narodzenie, więc nawet na prezenty nie można liczyć. One też wolałyby poganiać po podwórku, a nie tkwić przy stole od śniadania do podwieczorku, bo przecież nie wypada rozejść się wcześniej, skoro udało się zebrać całe towarzystwo do kupy!
Wbrew pozorom, ci co nie urządzają świąt sami, a tylko wymaga się od nich biernego udziału, też wcale nie są szczęśliwsi. Gospodyni może chociaż legalnie uciec do kuchni, bo ma alibi, gość zaś musi tkwić przy stole, aż się nabawi hemoroidów. Jak spróbuje urwać się na bok z gospodarzem i walnąć szybką wódkę prostującą w sypialni, bo na trzeźwo tego nie może znieść, zaraz wytropi go tam szwagierka, mamusia, w najlepszym razie dziecko, które zażąda haraczu za milczenie. Itd.
Dlaczego ta świąteczna danina, jaką składają zarówno wierzący, jak i ateiści, musi być takim męczeństwem? Dlaczego tak często zamiast cieszyć się naprawdę z rodzinnego spotkania, liczymy godziny do wyjścia?
Jest wiele powodów. Pierwszym jest oczywiście charakter osób zebranych, stopień ich zgodności bądź skłócenia, łączące ich relacje. Na to niestety nie mamy wpływu. Natomiast czynnikiem, moim zdaniem bardzo istotnym, na który mamy wpływ, jest koszmarna długość tych "posiadów".
Bo tak: Generalnie wszyscy zebrani siadają do stołu z jakąś dozą dobrej woli.
Na początku są też trzeźwi, co powoduje, że się kontrolują. Jeśli się dawno nie widzieli, na wejściu mają mnóstwo tematów do omówienia, które są neutralne, nie wywołują iskrzenia, a każdy ma coś do opowiedzenia, o czym reszta nie wie. Poza tym towarzystwo jest głodne, a więc konsumpcja staje się istotnym wypełniaczem czasu. Chwalenie gospodyni, pomaganie jej w wynoszeniu i przynoszeniu z kuchni powoduje rozgardiasz, który rozprasza uwagę, sprawia że każdy może pogadać z kimś na boku, swobodniej.
Jednak z każdą godziną spędzoną przy stole, nastrój się pogarsza. Alkohol, który w początkowej fazie przyniósł przyjemne rozluźnienie, zaczyna działać odwrotnie. Osoby w głębi ducha nieprzyjazne i agresywne, po alkoholu zaczynają mówić to co myślą, a co do tej pory skrywały. Nadmiar jedzenia (jak to podczas polskich świąt) zaczyna wywoływać zmęczenie i ociężałość, a przez to i rozdrażnienie. Buty piją, pasek ciśnie, o krawacie nie wspomnę. Tematy neutralne się skończyły, więc ktoś koniecznie chce wypowiedzieć swoje zdanie nt. krzyża na Krakowskim, czego inni mu nie darują. Zaczyna się Apokalipsa, od której gospodyni próbuje uciec do kuchni, szwagier znów zaszyć się z butelką w sypialni, dzieci wyrywają się na podwórko...
W końcu ktoś rzuca hasło, że trzeba iść do domu, co pozostali przyjmują z ulgą, licząc już dni spokoju do następnych świąt.
A przecież można tego uniknąć. Po pierwsze można ustalić, że impreza nie będzie trwała dłużej niż 2 - 2,5 godziny. Po drugie podać wino bezalkoholowe, przynajmniej tym osobom, które po alkoholu robią się agresywne. Takie wino istnieje, ma 0,5 % alk. i można je kupić na Allegro i nie tylko. Ktoś nie będący znawcą da się nabrać, gwarantuję. Po trzecie zmniejszyć ilość jedzenia, co nie wzbudzi żadnych zastrzeżeń, jeśli impreza będzie krótsza, a gospodyni ulży w robocie. Po czwarte zarządzić zakaz poruszania tematów politycznych. Niestety, od czasów sławetnej IV RP społeczeństwo podzieliło się w stopniu niespotykanym nawet za ciężkiej komuny. Ustalenie pewnych zasad przy stole jest możliwe, jeśli się to odpowiednio spokojnie i racjonalnie przedstawi.
To wszystko ma szanse sprawić, że nie będziemy myśleć o kolejnych świętach jak o torturze, którą musimy 2 razy do roku zaliczyć. Wszyscy ci, którzy czytając ten tekst pomyśleli: "Mnie to nie dotyczy" prawdopodobnie już dawno wpadli na to samo rozwiązanie. Albo należą do tej rzadkiej grupy rodzin, w której wszyscy członkowie są zgodni, kochający, mają te same poglądy, a po alkoholu robią się jeszcze bardziej zgodliwi. Nie mówię, że takich rodzin nie ma wcale. Ale ile ich jest?
czwartek, 21 kwietnia 2011
piątek, 15 kwietnia 2011
Drzewo
Wyczuwam u siebie swoistą schizofrenię, jeśli chodzi o podejście do tzw. zieleni.
Z jednej strony uwielbiam i się chętnie otaczam, z drugiej strony bezwględnie eksterminuję.
W moim domu zieleni nigdy nie brakowało, tylko jej żywot jakby nie należy do długich. Jak u chomików. I podobnie jak chomika, łatwo jest zieleń, która była zeszła, zastąpić nową doniczką. Ale to naprawdę nie jest moja wina! Nie należę do tych osób, które zaniedbują swoją zieleń. Wręcz przeciwnie, ja nie tylko ją podlewam z precyzją szwajcarskiego zegarka, ale też na wiosnę wymieniam ziemię, dokarmiam jakąś breją, rzekomo przetrawioną przez dżdżownice. Ba, nawet podlewam wodą z przelewania kiełków, która jest podobno drogocenna (dobrze, że nie każą nam jej pić, tej wody). Zbieram suche listki, przesadzam do większych doniczek... a ta zieleń za grosz wdzięczności nie okazuje, tylko prędzej czy później zdycha...
Nie wiem, czym ja jej podpadłam. W końcu my - odpukać - jesteśmy zdrowi, więc chyba nie stoimy na jakichś strasznych żyłach czyli ciekach, żeby jej to miało szkodzić. Nie stoi w przeciągu, nie wdycha wyziewów z gazowego piecyka. No to dlaczego, do cholery, obumiera?
Myślałam , myślałam, aż wymyśliłam. Wielce prawdopodobną przyczyną niedyspozycji mojej zieleni, jest.... inna zieleń.
A dokładniej mówiąc, drzewo, które rośnie na wprost mojego balkonu. Rok temu przeżyłam euforię, graniczącą z religijnym uniesieniem, kiedy wróciłam do domu, a tam...światłość!
Alleluja! Ktoś pod naszą nieobecność obciachał to cholerne drzewo z każdej strony i wpuścił wreszcie trochę światła do domu.
Radość niestety trwała krótko. Przyroda jest bezwstydna i w ciągu 3 miesięcy drzewo porosło całkiem nowymi gałęziami, 2-3 metrowej długości, które pokryły się listowiem jeszcze gęstszym niż rok wcześniej. Do pokoju wróciła ciemność.
W tym roku postanowiłam zaatakować na własną rękę. Od 4 tygodni próbuję drzewo uśmiercić, albo przynajmniej ograniczyć jego rozrost. Codziennie podlewam je jakimś specyfikiem, i to nie byle czym, bo menu mam urozmaicone: nasycony roztwór soli (1,5 kg na 1,5 litra wody), bielinka (ta najtańsza, więc najbardziej wredna), płyn do odrdzewiania śrub, płyn do czyszczenia WC, saletra amonowa w nieludzkim stężeniu, a ostatnio granulki do udrażniania rur kanalizacyjnych, które po rozpuszczeniu w wodzie prawie się zagotowały a roztwór przez dobrą godzinę parzył. Pod osłoną nocy, jak tajemniczy Don Pedro w ciemnej pelerynie, przemykam się chyłkiem pod mojego ulubieńca. Bacznie się przy tym rozglądam, a kiedy pojawia się ktoś z psem, zlewam się z podłożem i przykrywam gałązkami darni. Na razie nikt mnie chyba nie namierzył.
Pozostaje zadać głupie pytanie o skuteczność moich działań.
Odpowiadam jak na spowiedzi: Na dzień dzisiejszy wynosi ona zero, przecinek zero.
Wprawdzie teren wokół drzewa przypomina glebę po wybuchu bomby nuklearnej, nie zielenią się też najbliższe krzaki z żywopłotu, za to drzewo pręży się rozpustnie, wypuszczając wciąż nowe listki. Ewidentnie robi sobie ze mnie jaja.
To jest wojna, jak mówił Linda! Nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa. Co prawda powoli wyczerpują mi się pomysły na dalszą eksterminację, ale się nie poddaję. Może ktoś poratuje mnie w nieszczęściu i da jakąś skuteczną radę. Z góry mówię, że nie ma mowy o wycięciu, administracja by mnie zabiła. Help!
Z jednej strony uwielbiam i się chętnie otaczam, z drugiej strony bezwględnie eksterminuję.
W moim domu zieleni nigdy nie brakowało, tylko jej żywot jakby nie należy do długich. Jak u chomików. I podobnie jak chomika, łatwo jest zieleń, która była zeszła, zastąpić nową doniczką. Ale to naprawdę nie jest moja wina! Nie należę do tych osób, które zaniedbują swoją zieleń. Wręcz przeciwnie, ja nie tylko ją podlewam z precyzją szwajcarskiego zegarka, ale też na wiosnę wymieniam ziemię, dokarmiam jakąś breją, rzekomo przetrawioną przez dżdżownice. Ba, nawet podlewam wodą z przelewania kiełków, która jest podobno drogocenna (dobrze, że nie każą nam jej pić, tej wody). Zbieram suche listki, przesadzam do większych doniczek... a ta zieleń za grosz wdzięczności nie okazuje, tylko prędzej czy później zdycha...
Nie wiem, czym ja jej podpadłam. W końcu my - odpukać - jesteśmy zdrowi, więc chyba nie stoimy na jakichś strasznych żyłach czyli ciekach, żeby jej to miało szkodzić. Nie stoi w przeciągu, nie wdycha wyziewów z gazowego piecyka. No to dlaczego, do cholery, obumiera?
Myślałam , myślałam, aż wymyśliłam. Wielce prawdopodobną przyczyną niedyspozycji mojej zieleni, jest.... inna zieleń.
A dokładniej mówiąc, drzewo, które rośnie na wprost mojego balkonu. Rok temu przeżyłam euforię, graniczącą z religijnym uniesieniem, kiedy wróciłam do domu, a tam...światłość!
Alleluja! Ktoś pod naszą nieobecność obciachał to cholerne drzewo z każdej strony i wpuścił wreszcie trochę światła do domu.
Radość niestety trwała krótko. Przyroda jest bezwstydna i w ciągu 3 miesięcy drzewo porosło całkiem nowymi gałęziami, 2-3 metrowej długości, które pokryły się listowiem jeszcze gęstszym niż rok wcześniej. Do pokoju wróciła ciemność.
W tym roku postanowiłam zaatakować na własną rękę. Od 4 tygodni próbuję drzewo uśmiercić, albo przynajmniej ograniczyć jego rozrost. Codziennie podlewam je jakimś specyfikiem, i to nie byle czym, bo menu mam urozmaicone: nasycony roztwór soli (1,5 kg na 1,5 litra wody), bielinka (ta najtańsza, więc najbardziej wredna), płyn do odrdzewiania śrub, płyn do czyszczenia WC, saletra amonowa w nieludzkim stężeniu, a ostatnio granulki do udrażniania rur kanalizacyjnych, które po rozpuszczeniu w wodzie prawie się zagotowały a roztwór przez dobrą godzinę parzył. Pod osłoną nocy, jak tajemniczy Don Pedro w ciemnej pelerynie, przemykam się chyłkiem pod mojego ulubieńca. Bacznie się przy tym rozglądam, a kiedy pojawia się ktoś z psem, zlewam się z podłożem i przykrywam gałązkami darni. Na razie nikt mnie chyba nie namierzył.
Pozostaje zadać głupie pytanie o skuteczność moich działań.
Odpowiadam jak na spowiedzi: Na dzień dzisiejszy wynosi ona zero, przecinek zero.
Wprawdzie teren wokół drzewa przypomina glebę po wybuchu bomby nuklearnej, nie zielenią się też najbliższe krzaki z żywopłotu, za to drzewo pręży się rozpustnie, wypuszczając wciąż nowe listki. Ewidentnie robi sobie ze mnie jaja.
To jest wojna, jak mówił Linda! Nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa. Co prawda powoli wyczerpują mi się pomysły na dalszą eksterminację, ale się nie poddaję. Może ktoś poratuje mnie w nieszczęściu i da jakąś skuteczną radę. Z góry mówię, że nie ma mowy o wycięciu, administracja by mnie zabiła. Help!
środa, 13 kwietnia 2011
Metalowcy a Gaba Kulka
W poniedziałek 11 kwietnia spotkała mnie duuuża przyjemność: przyjaciel znienacka zaprosił mnie na koncert mojej ulubionej wokalistki, do której mam zupełnie irracjonalną słabość. Irracjonalną, bo mogłaby być moją córką a tworzy muzykę szaloną, wizjonerską, zupełnie nie w moim stylu.
Ta dziewczynka nazywa się Gaba Kulka i jest absolutną gwiazdą polskiej sceny, bo w odróżnieniu od szansonistek typu Gosia A., Monika B., i Patrycja M. ma naprawdę talent i charyzmę.
Jako osoba starej daty najpierw zakochałam się oczywiście w "Sleepwalk", czyli płycie Kulki i Kucza, ale kiedy się już tym nazachwycałam i nauczyłam na pamięć wszystkich piosenek, z samozaparciem oswoiłam także jej pierwsze dwie płyty, chociaż lekko nie było...J
Tym razem Gaba wystawiła moje zdrowie na jeszcze cięższą próbę. Oto w teatrze Bajka odbył się koncert promujący jej najnowszą płytę, na której moja gwiazda dokonała własnych aranżacji utworów ... Iron Maidena, czyli po prostu metalu.
Epoka metalu nawet kiedy byłam naprawdę młoda przepłynęła obok mnie jak obłok, nie zatrzymując mojej uwagi ani na dzień. To po prostu nigdy nie była moja muzyka. Teraz, kiedy mam... dziesiąt lat więcej, przyszło mi wysłuchać 1,5 godziny hardcorowego hałasu, któremu w zasadzie mogę zarzucić tylko jedno...: że było ciut za głośno. Po pół godzinie byłam głucha jak pień i trochę trwało, zanim odzyskałam słuch. Ale całej reszty, no po prostu nie mogę się czepić!
Zaczęło się całkiem relaksowo: piosenką "Metalowcy, metalowcy, w każdej branży i dziedzinie my fachowcy..." Brakowało tylko ruchomych obrazów z widokiem na PGR i traktory. A potem już nie było relaksowo ani trochę.
Czterej muzycy, którzy uczestniczyli w tym projekcie BAABA KULKA, nie ustępowali jej talentem muzycznym, ani poczuciem humoru. Nie tylko, że po mistrzowsku grali tę niełatwą muzykę, to jeszcze świetnie się bawili. Muzyka faktycznie niełatwa, ale nie można jej było absolutnie porównywać z jazgotem Behemota czy jemu podobnych. Oprócz licznych odjechanych i nieco kakafonicznych kawałków co raz pojawiały się świetne motywy muzyczne, które teoretycznie też powinny pochodzić od Iron Maidena...ale...myślę, że wątpię. Za bardzo mi to pasowało do stylu mojej ulubienicy. W każdym razie nie było to ani trochę tak nieprzyjazne dla ucha, jak zawsze myślałam o metalu.
Bo na swojej prywatnej liście pt. "Powinni tego zabronić" zawsze stawiałam metal na zaszczytnym drugim miejscu, zaraz po Pendereckim.
Wracając do koncertu, samą Gabę mogę oglądać godzinami: uwielbiam jej profesjonalizm, ale też jednocześnie naturalność, spontaniczność i... miny.
Lubię nawet te blond pióra na głowie, które mój ojciec przyrównałby do pęczka grochowin, wybaczam czerwony makijaż na powiekach. A jej głos, który przypomina oczywiście Kate Bush ale tylko czasami, sprawia, że coś mi się robi w głowie kiedy jej słucham.
Dobrze, że jest ktoś taki na scenie. Niech już sobie gra ten metal, jak musi, zniosę wiele.
PS. Razem z samochodem ukradli mi 3 płyty Gaby. Teraz pracowicie je sobie odkupuję. Już nie umiem bez niej jechać w dłuższą trasę. Nie wiem wprawdzie, czy kupię również tę najnowszą, bo jednak słuchanie tego tylko z głośników może być zbyt dużym wyzwaniem.
Ta dziewczynka nazywa się Gaba Kulka i jest absolutną gwiazdą polskiej sceny, bo w odróżnieniu od szansonistek typu Gosia A., Monika B., i Patrycja M. ma naprawdę talent i charyzmę.
Jako osoba starej daty najpierw zakochałam się oczywiście w "Sleepwalk", czyli płycie Kulki i Kucza, ale kiedy się już tym nazachwycałam i nauczyłam na pamięć wszystkich piosenek, z samozaparciem oswoiłam także jej pierwsze dwie płyty, chociaż lekko nie było...J
Tym razem Gaba wystawiła moje zdrowie na jeszcze cięższą próbę. Oto w teatrze Bajka odbył się koncert promujący jej najnowszą płytę, na której moja gwiazda dokonała własnych aranżacji utworów ... Iron Maidena, czyli po prostu metalu.
Epoka metalu nawet kiedy byłam naprawdę młoda przepłynęła obok mnie jak obłok, nie zatrzymując mojej uwagi ani na dzień. To po prostu nigdy nie była moja muzyka. Teraz, kiedy mam... dziesiąt lat więcej, przyszło mi wysłuchać 1,5 godziny hardcorowego hałasu, któremu w zasadzie mogę zarzucić tylko jedno...: że było ciut za głośno. Po pół godzinie byłam głucha jak pień i trochę trwało, zanim odzyskałam słuch. Ale całej reszty, no po prostu nie mogę się czepić!
Zaczęło się całkiem relaksowo: piosenką "Metalowcy, metalowcy, w każdej branży i dziedzinie my fachowcy..." Brakowało tylko ruchomych obrazów z widokiem na PGR i traktory. A potem już nie było relaksowo ani trochę.
Czterej muzycy, którzy uczestniczyli w tym projekcie BAABA KULKA, nie ustępowali jej talentem muzycznym, ani poczuciem humoru. Nie tylko, że po mistrzowsku grali tę niełatwą muzykę, to jeszcze świetnie się bawili. Muzyka faktycznie niełatwa, ale nie można jej było absolutnie porównywać z jazgotem Behemota czy jemu podobnych. Oprócz licznych odjechanych i nieco kakafonicznych kawałków co raz pojawiały się świetne motywy muzyczne, które teoretycznie też powinny pochodzić od Iron Maidena...ale...myślę, że wątpię. Za bardzo mi to pasowało do stylu mojej ulubienicy. W każdym razie nie było to ani trochę tak nieprzyjazne dla ucha, jak zawsze myślałam o metalu.
Bo na swojej prywatnej liście pt. "Powinni tego zabronić" zawsze stawiałam metal na zaszczytnym drugim miejscu, zaraz po Pendereckim.
Wracając do koncertu, samą Gabę mogę oglądać godzinami: uwielbiam jej profesjonalizm, ale też jednocześnie naturalność, spontaniczność i... miny.
Lubię nawet te blond pióra na głowie, które mój ojciec przyrównałby do pęczka grochowin, wybaczam czerwony makijaż na powiekach. A jej głos, który przypomina oczywiście Kate Bush ale tylko czasami, sprawia, że coś mi się robi w głowie kiedy jej słucham.
Dobrze, że jest ktoś taki na scenie. Niech już sobie gra ten metal, jak musi, zniosę wiele.
PS. Razem z samochodem ukradli mi 3 płyty Gaby. Teraz pracowicie je sobie odkupuję. Już nie umiem bez niej jechać w dłuższą trasę. Nie wiem wprawdzie, czy kupię również tę najnowszą, bo jednak słuchanie tego tylko z głośników może być zbyt dużym wyzwaniem.
wtorek, 12 kwietnia 2011
Ile agro jest w agroturystyce?
Ile agro jest w agroturystyce?
Pojechaliśmy na weekend do lasu. Tzn. niedokładnie do lasu, tylko do "gospodarstwa agroturystycznego" w środku lasu... Śladów "agro" długo by tu szukać, gdyż wokół nie ma kawałka pola uprawnego, aż do następnego województwa. Nie ma też krów, koni ani kur, co by usprawiedliwiało tę nazwę.
Chałupę zbudował leśniczy, a do jedzenia serwuje się tu głównie upolowaną własnoręcznie dziczyznę i grzyby. Mało to rolnicze wszystko, choć zapewne korzysta z ulg i przywilejów, które przypisane są do gospodarstw agro. Wszak ustawa z 1999 roku mówi, że "Za działalność gospodarczą nie uznaje się działalności agroturystycznej, polegającej na wynajmowaniu pokoi gościnnych w budynkach mieszkalnych położonych na terenach wiejskich osobom przebywającym na wypoczynku, jeżeli liczba wynajmowanych pokoi nie przekracza 5. Preferencja dotycząca podatku obejmuje zatem wszystkich mieszkańców terenów wiejskich, nie tylko rolników."
Inaczej mówiąc, za wynajęte pokoje, tudzież serwowane posiłki nasz "rolnik" nie płaci podatków. Żyć nie umierać! Ot, taki przykład zdolności adaptacyjnych naszych rodaków.
Zdecydowanie więc rozczaruje się ten, co pod nazwą agroturystyka oczekuje czegoś znanego z "Konopielki" czy "Awansu". Dużo się od tamtego czasu zmieniło. Kiedyś przecież w zamian za mleko prosto od krowy, jajo od dziobanej kury, czy samą kurę, a także łóżko z pierzyną, letnik musiał się trochę pomęczyć przy koszeniu trawy czy zbieraniu słomy.
Po prawdzie myślę, że jak taki letnik oderwany prosto od biurka nagle wziął się za widły czy kosę, to pewnie zdarzało się, że obciął nogi sąsiadowi, albo zastygł w pozycji zgiętej w pół, bo mu dysk wyskoczył. Być może z tego powodu rolnicy odeszli od handlu wymiennego, zastępując go zapłatą w pieniądzu, bez konieczności świadczenia usług.
Zmieniły się też ździebko warunki lokalowe. Wiejską "chałupę" zastąpiły murowane domy z łazienkami w kafelkach i w pełni wyposażoną kuchnią. A czasy kiedy pokój letnika tylko drewniane przepierzenie dzieliło od obory z żywymi krowami, jak u naszej Szpunarowej w Kościelisku, odeszły bezpowrotnie.
I chyba dobrze. W końcu i tak wielu ludzi w Europie uważa Polskę za skansen i ciemnogród. Nasze godło na EURO 2012 jest synonimem kiczu i utrwala tylko ten cepeliowski look. Teraz dojdzie nam ten dziecięcy bączek na czas naszej prezydencji w Unii...Czuję kompletną bezradność, kiedy na to patrzę. Rozumiem, że użycie mikroprocesora czy sita molekularnego jako symbolu naszej gospodarki byłoby nadużyciem, ale bączek...?
Niech więc chociaż Polska wieś zaprasza zagranicznych turystów do czystych ogrzewanych pokojów z ciepłą wodą w łazience, telewizją satelitarną i Wi-Fi.
Bo amatorów śmierdzących obór, zbiorników na gnojówkę za chałupą, sławojek na dworze i kartofli ze zsiadłym mlekiem jako wyłączne menu, chyba jest zbyt mało, żeby stać się potęgą (agro)turystyczną...
Pojechaliśmy na weekend do lasu. Tzn. niedokładnie do lasu, tylko do "gospodarstwa agroturystycznego" w środku lasu... Śladów "agro" długo by tu szukać, gdyż wokół nie ma kawałka pola uprawnego, aż do następnego województwa. Nie ma też krów, koni ani kur, co by usprawiedliwiało tę nazwę.
Chałupę zbudował leśniczy, a do jedzenia serwuje się tu głównie upolowaną własnoręcznie dziczyznę i grzyby. Mało to rolnicze wszystko, choć zapewne korzysta z ulg i przywilejów, które przypisane są do gospodarstw agro. Wszak ustawa z 1999 roku mówi, że "Za działalność gospodarczą nie uznaje się działalności agroturystycznej, polegającej na wynajmowaniu pokoi gościnnych w budynkach mieszkalnych położonych na terenach wiejskich osobom przebywającym na wypoczynku, jeżeli liczba wynajmowanych pokoi nie przekracza 5. Preferencja dotycząca podatku obejmuje zatem wszystkich mieszkańców terenów wiejskich, nie tylko rolników."
Inaczej mówiąc, za wynajęte pokoje, tudzież serwowane posiłki nasz "rolnik" nie płaci podatków. Żyć nie umierać! Ot, taki przykład zdolności adaptacyjnych naszych rodaków.
Zdecydowanie więc rozczaruje się ten, co pod nazwą agroturystyka oczekuje czegoś znanego z "Konopielki" czy "Awansu". Dużo się od tamtego czasu zmieniło. Kiedyś przecież w zamian za mleko prosto od krowy, jajo od dziobanej kury, czy samą kurę, a także łóżko z pierzyną, letnik musiał się trochę pomęczyć przy koszeniu trawy czy zbieraniu słomy.
Po prawdzie myślę, że jak taki letnik oderwany prosto od biurka nagle wziął się za widły czy kosę, to pewnie zdarzało się, że obciął nogi sąsiadowi, albo zastygł w pozycji zgiętej w pół, bo mu dysk wyskoczył. Być może z tego powodu rolnicy odeszli od handlu wymiennego, zastępując go zapłatą w pieniądzu, bez konieczności świadczenia usług.
Zmieniły się też ździebko warunki lokalowe. Wiejską "chałupę" zastąpiły murowane domy z łazienkami w kafelkach i w pełni wyposażoną kuchnią. A czasy kiedy pokój letnika tylko drewniane przepierzenie dzieliło od obory z żywymi krowami, jak u naszej Szpunarowej w Kościelisku, odeszły bezpowrotnie.
I chyba dobrze. W końcu i tak wielu ludzi w Europie uważa Polskę za skansen i ciemnogród. Nasze godło na EURO 2012 jest synonimem kiczu i utrwala tylko ten cepeliowski look. Teraz dojdzie nam ten dziecięcy bączek na czas naszej prezydencji w Unii...Czuję kompletną bezradność, kiedy na to patrzę. Rozumiem, że użycie mikroprocesora czy sita molekularnego jako symbolu naszej gospodarki byłoby nadużyciem, ale bączek...?
Niech więc chociaż Polska wieś zaprasza zagranicznych turystów do czystych ogrzewanych pokojów z ciepłą wodą w łazience, telewizją satelitarną i Wi-Fi.
Bo amatorów śmierdzących obór, zbiorników na gnojówkę za chałupą, sławojek na dworze i kartofli ze zsiadłym mlekiem jako wyłączne menu, chyba jest zbyt mało, żeby stać się potęgą (agro)turystyczną...
niedziela, 10 kwietnia 2011
Z rodziną tylko na zdjęciu?
Do czego potrzebna nam rodzina?
Jak zwykle narażę się wielu osobom, ale muszę to powiedzieć: Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach rodzina szeroko pojęta, a więc nie małżeństwo z dzieckiem, tylko dziadkowie, rodzeństwo, ich małżonkowie, ich dzieci, prababcie i ciotki... stają się raczej balastem, niż najbliższymi ludźmi, z którymi pragniemy się spotykać.
Dla ludzi żyjących zwłaszcza w dużych miastach, robiących kariery lub dopiero będących na dorobku, obowiązek regularnego spotykania się z rodziną w pewnym momencie staje się nieznośnym ciężarem.
Wiadomo, że nikt nie powie głośno: Mam to gdzieś! Muszę zadbać o siebie i moich najbliższych, a o tych innych niech zadba państwo... W większości z nas tkwią moralne imperatywy, od których nie uciekniemy. Jeśli ci "inni" są samotni, chorzy i pozbawieni opieki, łatwiej nam się nagiąć do obowiązku pomocy. Trudniej, kiedy są to osoby pełnosprawne, a wymagające od nas tylko obecności, i to jedynie dlatego, że "jesteśmy rodziną".
Skąd wzięły się dowcipy typu: Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu, bo można obciąć...? Prosta rzecz - bo rodziny się nie wybiera, a to oznacza, że jest ona, mówiąc delikatnie, różna. Na ogół dzieli nas wszystko.
Pierwszy przykład: rodzeństwo! Jeśli w rodzinie było dwoje dzieci, to przeważnie to młodsze jest z różnych powodów "słabsze", a więc bardziej niezaradne, wymagające ciągłej opieki. Starsze musi zdobywać wszystko samo, młodszemu rodzice zawsze pomagają. Tylko w mojej najbliższej rodzinie i wśród przyjaciół mogę wymienić 6 takich rodzeństw. Płaszczyzna porozumienia między nimi jest kiepska, albo żadna. Spotykanie się przy stole często prowadzi do niesnasek, czy wręcz otwartych konfliktów, kiedy to starsze może tylko bezradnie zaciskać zęby patrząc, jak pięknie młodsze manipuluje rodzicami.
Zupełnie inny problem to różnice w poglądach, politycznych i innych... Czy ktoś potrafi sobie wyobrazić przy jednym stole posła Jacka Kurskiego i dziennikarza Gazety Wyborczej, Jarosława? Ja też nie.
Za rodzeństwem oczywiście idą ich małżonkowie, którzy też pochodzą z różnych środowisk, mają inne nawyki, poglądy, pretensje... Do tego dochodzą słynne teściowe, które są w stanie rozbić najlepsze małżeństwo. Akurat mój mąż uwielbia swoją teściową, ale średnia statystyczna jest jednak zgoła inna. Spotkanie rodzinne z "mamusią" często przypomina te z reklamy Ikei ("Ty tu urządzisz") i niejeden zięć z rozkoszą utopiłby mamusię w kubku, w którym trzyma zęby. Jak pięknie powiedział Poniedzielski: Żeniąc się z kobietą, teściową niejako dostajemy w promocji. Nie ma na to rady...
Zresztą rodzona matka potrafi być równie wkurzająca dla syna czy córki, zwłaszcza gdy na świecie jest już jakieś małe stworzenie i tylko ona wie, jak należy je pielęgnować...
Powraca pytanie, co nam dają te rodzinne spotkania? Czy rodzina jest nam potrzebna jako pewien filar, na którym możemy się wesprzeć? Jako dowód, że mamy jakieś korzenie, a nie przyniósł nas bocian? Jako źródło tradycji, żeby nasze dzieci nie wkładały do koszyczka Wielkanocnego Gwiazdy Betlejemskiej albo I-Poda? Czy jako bezpłatna pomoc, kiedy trzeba komuś podrzucić maleństwo? A może jednak jako wsparcie i lekarstwo na samotność, zwłaszcza kiedy rzuci nas towarzysz życia? A może rodzina jest tylko synonimem uciążliwego obowiązku, którym zostaliśmy obarczeni bez naszej zgody, niczego dobrego w zamian od niej nie dostając?
Czy byłoby nam bez niej lepiej?
Spróbujmy wyobrazić sobie coś na kształt filmu "Dzień bez Meksykanów", kiedy pewnego dnia budzimy się rano, a tu ... nikogusieńko! Tylko my, nasz partner i ewentualnie dzieci... Żadnej rodzinki! Żadnych obowiązków, proszonych obiadków, przymusu dzwonienia i odwiedzania... Nieskrępowana wolność, zero gderania, święta za granicą.... Aż chciałoby się zatelefonować z radości do...
No właśnie, do kogo?
Jak zwykle narażę się wielu osobom, ale muszę to powiedzieć: Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach rodzina szeroko pojęta, a więc nie małżeństwo z dzieckiem, tylko dziadkowie, rodzeństwo, ich małżonkowie, ich dzieci, prababcie i ciotki... stają się raczej balastem, niż najbliższymi ludźmi, z którymi pragniemy się spotykać.
Dla ludzi żyjących zwłaszcza w dużych miastach, robiących kariery lub dopiero będących na dorobku, obowiązek regularnego spotykania się z rodziną w pewnym momencie staje się nieznośnym ciężarem.
Wiadomo, że nikt nie powie głośno: Mam to gdzieś! Muszę zadbać o siebie i moich najbliższych, a o tych innych niech zadba państwo... W większości z nas tkwią moralne imperatywy, od których nie uciekniemy. Jeśli ci "inni" są samotni, chorzy i pozbawieni opieki, łatwiej nam się nagiąć do obowiązku pomocy. Trudniej, kiedy są to osoby pełnosprawne, a wymagające od nas tylko obecności, i to jedynie dlatego, że "jesteśmy rodziną".
Skąd wzięły się dowcipy typu: Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu, bo można obciąć...? Prosta rzecz - bo rodziny się nie wybiera, a to oznacza, że jest ona, mówiąc delikatnie, różna. Na ogół dzieli nas wszystko.
Pierwszy przykład: rodzeństwo! Jeśli w rodzinie było dwoje dzieci, to przeważnie to młodsze jest z różnych powodów "słabsze", a więc bardziej niezaradne, wymagające ciągłej opieki. Starsze musi zdobywać wszystko samo, młodszemu rodzice zawsze pomagają. Tylko w mojej najbliższej rodzinie i wśród przyjaciół mogę wymienić 6 takich rodzeństw. Płaszczyzna porozumienia między nimi jest kiepska, albo żadna. Spotykanie się przy stole często prowadzi do niesnasek, czy wręcz otwartych konfliktów, kiedy to starsze może tylko bezradnie zaciskać zęby patrząc, jak pięknie młodsze manipuluje rodzicami.
Zupełnie inny problem to różnice w poglądach, politycznych i innych... Czy ktoś potrafi sobie wyobrazić przy jednym stole posła Jacka Kurskiego i dziennikarza Gazety Wyborczej, Jarosława? Ja też nie.
Za rodzeństwem oczywiście idą ich małżonkowie, którzy też pochodzą z różnych środowisk, mają inne nawyki, poglądy, pretensje... Do tego dochodzą słynne teściowe, które są w stanie rozbić najlepsze małżeństwo. Akurat mój mąż uwielbia swoją teściową, ale średnia statystyczna jest jednak zgoła inna. Spotkanie rodzinne z "mamusią" często przypomina te z reklamy Ikei ("Ty tu urządzisz") i niejeden zięć z rozkoszą utopiłby mamusię w kubku, w którym trzyma zęby. Jak pięknie powiedział Poniedzielski: Żeniąc się z kobietą, teściową niejako dostajemy w promocji. Nie ma na to rady...
Zresztą rodzona matka potrafi być równie wkurzająca dla syna czy córki, zwłaszcza gdy na świecie jest już jakieś małe stworzenie i tylko ona wie, jak należy je pielęgnować...
Powraca pytanie, co nam dają te rodzinne spotkania? Czy rodzina jest nam potrzebna jako pewien filar, na którym możemy się wesprzeć? Jako dowód, że mamy jakieś korzenie, a nie przyniósł nas bocian? Jako źródło tradycji, żeby nasze dzieci nie wkładały do koszyczka Wielkanocnego Gwiazdy Betlejemskiej albo I-Poda? Czy jako bezpłatna pomoc, kiedy trzeba komuś podrzucić maleństwo? A może jednak jako wsparcie i lekarstwo na samotność, zwłaszcza kiedy rzuci nas towarzysz życia? A może rodzina jest tylko synonimem uciążliwego obowiązku, którym zostaliśmy obarczeni bez naszej zgody, niczego dobrego w zamian od niej nie dostając?
Czy byłoby nam bez niej lepiej?
Spróbujmy wyobrazić sobie coś na kształt filmu "Dzień bez Meksykanów", kiedy pewnego dnia budzimy się rano, a tu ... nikogusieńko! Tylko my, nasz partner i ewentualnie dzieci... Żadnej rodzinki! Żadnych obowiązków, proszonych obiadków, przymusu dzwonienia i odwiedzania... Nieskrępowana wolność, zero gderania, święta za granicą.... Aż chciałoby się zatelefonować z radości do...
No właśnie, do kogo?
środa, 6 kwietnia 2011
Kobieto, przestań gadać!
Kobieto, przestań gadać!
Na temat gadulstwa kobiet napisano już wiele. Na pewno koła nie wynajdę, ale nęci mnie trochę bardziej dogłębna analiza tego zjawiska.
Kobiety mogą gadać o wszystkim. Męscy szowiniści powiedzą wręcz, że one muszą gadać. Z tematu pozornie bez znaczenia, jak wyniesienie śmieci, są w stanie stworzyć scenkę rodzajową, mały esej, w najgorszym razie kazanie.
W zasadzie nie ma możliwości, żeby kobieta widząc niewyrzucony kubeł powiedziała:
- Wynieś śmieci, proszę.
Zdecydowanie za proste. Najpierw jest więc wyrzut z elementem historycznym:
- Znowu nie wyniosłeś śmieci! Ty nigdy nie wynosisz! Przecież tyle razy cię prosiłam...
Potem granie na uczuciach:
- W ogóle cię nie obchodzi ten dom! Ani moje prośby!
Potem widzenie perspektywiczne:
- Może tu się zaśmierdzieć na amen, a ty nie zauważysz. Niedługo sąsiedzi wezwą straż miejską, żeby oczyściła dom, jak robactwo się rozlezie!
Aspekt finansowy:
- Nie stać nas na sprzątaczkę. Wszystko muszę robić sama!
I znowu na uczuciach:
- ... Nie liczysz się ze mną w ogóle... Przecież miałeś mi pomagać...
I tak w kółko.
Mężczyzna rejestruje (jeśli w ogóle!) zapewne tylko pierwsze zdanie ("Znowu nie wyniosłeś.."), które jak łatwo zauważyć, nie jest prośbą, ani poleceniem, a jedynie stwierdzeniem faktu, z czym mężczyzna nie polemizuje. Natomiast cała reszta zamienia się w nieszkodliwy szum, z którego nic nie wynika. Nie zachodzi u niego łączenie słów z emocjami, gdyż za te dwie rzeczy są odpowiedzialne różne półkule, mało ze sobą styczne.
Kobieta tego nie rozumie, gdyż to co aktualnie czuje, jest szybciutko przekazywane do części mózgu odpowiedzialnej za mówienie (tzw. części werbalnej) Mówiąc prościej: Co na sercu, to i na języku.
Z czego wynika nasza przemożna potrzeba gadania, pozostająca w opozycji do dość oszczędnego używania mowy przez mężczyzn? Każdy kto obejrzał na Youtube filmik o różnicach między naszymi mózgami, będzie to wiedział.: oczywiście, przyczyna leży w różnej budowie mózgu.
Mówiąc poważnie (na chwilę), u mężczyzn część mózgu odpowiedzialna za przestrzeń i kształt, ale także EMOCJE (prawa półkula), jest wyraźnie oddzielona od tej części, która odpowiada za zdolności językowe i kontroluje funkcje słowne (półkula lewa). Łączność między nimi jest znacznie upośledzona. W przypadku kobiet ośrodki odpowiedzialne zarówno za emocje jak i umiejętności werbalne są rozproszone po obu półkulach, które w dodatku są ze sobą bardzo sprawnie połączone.
Mówiąc brutalnie - żeby pozbawić mężczyznę jakiejś konkretnej funkcji wystarczy mu wyciąć odpowiedni kawałek mózgu. U kobiet się nie da. Zawsze jakiś inny kawałek przejmie jego zadania...(To taka dygresja, żeby pozbawić panów złudzeń, że można nas uciszyć w prosty sposób).
Badania wykazały, że im bardziej męski mózg jest zbliżony do wzorca kobiecego, tym bardziej rozproszone są jego funkcje. Mężczyźni, którzy w życiu płodowym otrzymali mniejszą niż przeciętna ilość hormonu męskiego, charakteryzują się kobiecą budową mózgu, czyli łatwiej nam znaleźć z nimi wspólny język. Dosłownie. Nie bez powodu więc uważa się, że gej najlepszym przyjacielem kobiety... (To akurat nie do końca prawda, bo wszyscy wiedzą, że PhotoShop, ale Ok.)
Różnice w budowie naszych mózgów niezmiernie utrudniają nam życie. Np. wymaganie od mężczyzny, żeby pomógł nam wypełnić w formularzu opis stłuczki samochodowej, a jednocześnie pomógł nam znaleźć najlepszy warsztat w mieście, jest z góry skazane na porażkę. Nie da się. Jego mózg jest idealnie podzielony, jak ciachnięty samurajskim mieczem. Możemy mu tylko usiąść na kolanach i pokazać formularz opisując sytuację w możliwie zwięzły sposób, ALBO obwieścić krótko:
"Kochanie, miałam mały wypadek. Sam zobacz, co jest z samochodem".
Przy czym w przypadku pierwszym trzeba mówić do lewej półkuli, czyli raczej do prawego oka, a w przypadku drugim - odwrotnie.
NIGDY JEDNOCZEŚNIE DO OBU. To jest tak samo nieskuteczne, jak próba odchudzania się metodą diety 1000 kalorii i Atkinsa naraz.
Ale dlaczego właściwie my tyle gadamy? Bo mając nieskończenie dużą ilość połączeń między prawą a lewą półkulą, wciąż doświadczamy potrzeby werbalizowania tego, co zobaczymy, usłyszymy, przeżyjemy...Tak jakbyśmy same sobie chciały opowiedzieć świat swoimi słowami. (Kiedy moja teściowa po operacji mieszkała u nas z 5 tygodni, nie przestawała do siebie mówić. Po prostu tak się przyzwyczaiła, będąc od 10 lat wdową. Miłe było jednak to, kiedy w pewnym momencie powiedziała do siebie: Haniu, przestań gadać! I trochę przestała.)
Pół biedy, kiedy jesteśmy same. Gorzej, kiedy mimowolnym słuchaczem stanie się mężczyzna...
Inaczej: Pół biedy, kiedy gadamy do siebie, nie żądając zrozumienia. Gorzej, jeśli odpytujemy faceta z wygłoszonego właśnie wykładu, bo wtedy same szukamy kłopotów.
Mężczyźni mają do perfekcji opanowane niesłyszenie tego, co do nich mówimy. Potrafią patrzeć nam w oczy, kiwać głową i NIC, ale to absolutnie NIC nie kumać! Mało tego, zahaczeni znienacka, są w stanie bezbłędnie powtórzyć ostatnie zdanie! Nic jednak z tego nie zostaje w głowie, stąd prędzej czy później nasze pretensje: "Bo ty mnie wcale nie słuchasz!"
I to nie jest prawda. On słucha, ale nie słyszy!
Innym kardynalnym błędem, jest przepowiadanie mężczyźnie całego planu dnia, z nadzieją, że on go zapamięta. Duży optymizm! Jaki bowiem związek zachodzi między porannym odprowadzeniem dziecka na zajęcia, pójściem do teściów na obiad a trzepaniem dywanu wieczorem? Żaden, więc jak to spamiętać? Po co zresztą on ma się tego uczyć na pamięć, przecież i tak usłyszy to wszystko od nas jeszcze parę razy, tylko lista będzie coraz krótsza.
Kiedy próbuję wytłumaczyć mężowi, że jutro ma pojechać np. do spółdzielni mieszkaniowej i załatwić to i to, on zwykle odpowiada: To po co mi to teraz mówisz? Powiesz mi jutro!
No fakt. Po co obciążać sobie mózg dzisiaj, skoro można to odsunąć w czasie? Przestałam więc uprzedzać, teraz działam z zaskoczenia, w ostatniej chwili i to się bardziej sprawdza.
Jeżeli mówimy za dużo, potok słów zamienia się w szum, który opływa uszy naszego partnera jak letni wiatr. Łatwo to sprawdzić prostym testem: Opowiadając obszernie swojemu mężczyźnie np. o przyjaciółce, która spodziewa się dziecka i dlatego pewnie straci pracę, ale rodzice jej pomogą i wyremontują mieszkanie itp. proszę tym samym tonem mimochodem wtrącić między słowami, że "przespałam się z twoim najlepszym kumplem" , albo "wczoraj miałam aborcję". Ciekawe, ilu panów zareaguje. Stawiam na max. 10%. Cała reszta będzie w tym momencie pogrążona w swoim pudełku nicości, z którego może ich wyrwać tylko walnięcie w głowę, albo początek meczu w TV. Bo zupełnie nie są zainteresowani losami naszej przyjaciółki...
Dlatego jeżeli mamy w domu typowego mężczyznę, któremu chcemy przekazać coś naprawdę istotnego, należy:
1. dokonać wyboru, czy bardziej zależy nam w tej chwili na jego reakcji werbalnej, wyrażeniu swoich uczuć itp., czy na konkretnym działaniu, np. wyniesieniu tych cholernych śmieci, zatankowaniu paliwa, czy pójściu z dzieckiem na spacer.
2. przygotować sobie w punktach, co istotnego mamy mu do zakomunikowania z wybranego tematu, bez żadnych wątków pobocznych, itp..
Na pewno nonsensem jest mówienie do pleców mężczyzny, którego pochłonął komputer, albo mecz. Gwarancja, że nie zrozumie absolutnie niczego, wynosi mocne 100 %.
Należy raczej podejść i spokojnie zapytać:
- Kochanie, czy mogę ci przeszkodzić na chwilę?
Kiedy powie że tak, a na dowód przeniesie na nas wzrok, należy jeszcze się upewnić:
- Czy możesz się na chwilkę skupić? Nie zajmę ci dużo czasu.
Kiedy jego wzrok ustabilizuje się na naszym obliczu a ręce oderwą się od klawiatury, można POKRÓTCE przedstawić swój problem. To jedyny sposób, żeby dotarło.
Można też użyć metody mamuta Mańka z Epoki Lodowcowej, kiedy mówił do leniwca: Patrz mi na trąbę. Powiem krótko: To i to. (przy czym to naprawdę musi być krótko. W innym przypadku nasz partner następnym razem nie da się nabrać i odpłynie myślami już przy pierwszym zdaniu).
Nie zapominamy o punkcie 1. Skupiamy się tylko na jednym aspekcie sprawy, nie na wszystkim naraz. To da nadzieję, że kiedy przyjdziemy następnym razem z inną sprawą, znowu zostaniemy USŁYSZANE, ze zrozumieniem. Pod warunkiem, że nie przyjdziemy za 5 minut, nie wolno przeginać...
Zaczęłam się zastanawiać nad kobiecym gadulstwem, kiedy kolejny raz zostałam skarcona przez mojego masażystę od stóp, że gadam podczas masażu. Kto jest na bieżąco z fragmentami mojej książki na blogu zobaczy, jak strasznie ciężko było mi się zamknąć. Pomijam fakt, że szkoda było milczeć, kiedy widujemy się rzadko, a tyle tematów leży odłogiem, bardziej jednak czułam, że skoro on ciężko pracuje nad moimi stopami, to ja przynajmniej mogę zabawiać go rozmową. Okazało się, że wręcz przeciwnie!
W zasadzie powinnam się obrazić, kiedy chciał mnie uciszyć, ale po namyśle uznałam, że może mężczyznom milczenie sprawia więcej radości, niż nam się wydaje. Że kaskady słów mogą być dla nich bardziej męczące, niż pomilczenie razem... Zresztą, jak ja miałam się na niego obrazić, kiedy dostałam taki list?:
Kiedyś zacznę eksperymentować na Twoim ciele. Znajdę w końcu ten ośrodek mowy, który Chińczycy studiowali od tysięcy lat.
To jest ten słynny punkt G, czyli GADANIE!. Mężczyźni zawsze próbowali go znaleźć..., aby go wyłączyć! Poszukiwania po wierzchu nie dały rezultatu, więc ktoś doszedł do wniosku, że trzeba szukać głębiej. Naukowcy osiągnęli już pewien sukces. Zamienili gadanie na lekko zdławiony szept, szelest głosu. Są jednak też niepokojące doniesienia, że to podobno jest grupa rozsianych punktów.
JUŻ JEDNAK JESTEŚMY BARDZO BLISKO
Na koniec cytat z Piotra Fronczewskiego z jakiejś sztuki (za Boga nie pamiętam tytułu): "Kobiety cierpią tylko w dwóch sytuacjach: kiedy rodzą i kiedy milczą... Moja żona rodziła dwa razy, za to nigdy nie milczała"...
Zostawiam pod rozwagę...
Na temat gadulstwa kobiet napisano już wiele. Na pewno koła nie wynajdę, ale nęci mnie trochę bardziej dogłębna analiza tego zjawiska.
Kobiety mogą gadać o wszystkim. Męscy szowiniści powiedzą wręcz, że one muszą gadać. Z tematu pozornie bez znaczenia, jak wyniesienie śmieci, są w stanie stworzyć scenkę rodzajową, mały esej, w najgorszym razie kazanie.
W zasadzie nie ma możliwości, żeby kobieta widząc niewyrzucony kubeł powiedziała:
- Wynieś śmieci, proszę.
Zdecydowanie za proste. Najpierw jest więc wyrzut z elementem historycznym:
- Znowu nie wyniosłeś śmieci! Ty nigdy nie wynosisz! Przecież tyle razy cię prosiłam...
Potem granie na uczuciach:
- W ogóle cię nie obchodzi ten dom! Ani moje prośby!
Potem widzenie perspektywiczne:
- Może tu się zaśmierdzieć na amen, a ty nie zauważysz. Niedługo sąsiedzi wezwą straż miejską, żeby oczyściła dom, jak robactwo się rozlezie!
Aspekt finansowy:
- Nie stać nas na sprzątaczkę. Wszystko muszę robić sama!
I znowu na uczuciach:
- ... Nie liczysz się ze mną w ogóle... Przecież miałeś mi pomagać...
I tak w kółko.
Mężczyzna rejestruje (jeśli w ogóle!) zapewne tylko pierwsze zdanie ("Znowu nie wyniosłeś.."), które jak łatwo zauważyć, nie jest prośbą, ani poleceniem, a jedynie stwierdzeniem faktu, z czym mężczyzna nie polemizuje. Natomiast cała reszta zamienia się w nieszkodliwy szum, z którego nic nie wynika. Nie zachodzi u niego łączenie słów z emocjami, gdyż za te dwie rzeczy są odpowiedzialne różne półkule, mało ze sobą styczne.
Kobieta tego nie rozumie, gdyż to co aktualnie czuje, jest szybciutko przekazywane do części mózgu odpowiedzialnej za mówienie (tzw. części werbalnej) Mówiąc prościej: Co na sercu, to i na języku.
Z czego wynika nasza przemożna potrzeba gadania, pozostająca w opozycji do dość oszczędnego używania mowy przez mężczyzn? Każdy kto obejrzał na Youtube filmik o różnicach między naszymi mózgami, będzie to wiedział.: oczywiście, przyczyna leży w różnej budowie mózgu.
Mówiąc poważnie (na chwilę), u mężczyzn część mózgu odpowiedzialna za przestrzeń i kształt, ale także EMOCJE (prawa półkula), jest wyraźnie oddzielona od tej części, która odpowiada za zdolności językowe i kontroluje funkcje słowne (półkula lewa). Łączność między nimi jest znacznie upośledzona. W przypadku kobiet ośrodki odpowiedzialne zarówno za emocje jak i umiejętności werbalne są rozproszone po obu półkulach, które w dodatku są ze sobą bardzo sprawnie połączone.
Mówiąc brutalnie - żeby pozbawić mężczyznę jakiejś konkretnej funkcji wystarczy mu wyciąć odpowiedni kawałek mózgu. U kobiet się nie da. Zawsze jakiś inny kawałek przejmie jego zadania...(To taka dygresja, żeby pozbawić panów złudzeń, że można nas uciszyć w prosty sposób).
Badania wykazały, że im bardziej męski mózg jest zbliżony do wzorca kobiecego, tym bardziej rozproszone są jego funkcje. Mężczyźni, którzy w życiu płodowym otrzymali mniejszą niż przeciętna ilość hormonu męskiego, charakteryzują się kobiecą budową mózgu, czyli łatwiej nam znaleźć z nimi wspólny język. Dosłownie. Nie bez powodu więc uważa się, że gej najlepszym przyjacielem kobiety... (To akurat nie do końca prawda, bo wszyscy wiedzą, że PhotoShop, ale Ok.)
Różnice w budowie naszych mózgów niezmiernie utrudniają nam życie. Np. wymaganie od mężczyzny, żeby pomógł nam wypełnić w formularzu opis stłuczki samochodowej, a jednocześnie pomógł nam znaleźć najlepszy warsztat w mieście, jest z góry skazane na porażkę. Nie da się. Jego mózg jest idealnie podzielony, jak ciachnięty samurajskim mieczem. Możemy mu tylko usiąść na kolanach i pokazać formularz opisując sytuację w możliwie zwięzły sposób, ALBO obwieścić krótko:
"Kochanie, miałam mały wypadek. Sam zobacz, co jest z samochodem".
Przy czym w przypadku pierwszym trzeba mówić do lewej półkuli, czyli raczej do prawego oka, a w przypadku drugim - odwrotnie.
NIGDY JEDNOCZEŚNIE DO OBU. To jest tak samo nieskuteczne, jak próba odchudzania się metodą diety 1000 kalorii i Atkinsa naraz.
Ale dlaczego właściwie my tyle gadamy? Bo mając nieskończenie dużą ilość połączeń między prawą a lewą półkulą, wciąż doświadczamy potrzeby werbalizowania tego, co zobaczymy, usłyszymy, przeżyjemy...Tak jakbyśmy same sobie chciały opowiedzieć świat swoimi słowami. (Kiedy moja teściowa po operacji mieszkała u nas z 5 tygodni, nie przestawała do siebie mówić. Po prostu tak się przyzwyczaiła, będąc od 10 lat wdową. Miłe było jednak to, kiedy w pewnym momencie powiedziała do siebie: Haniu, przestań gadać! I trochę przestała.)
Pół biedy, kiedy jesteśmy same. Gorzej, kiedy mimowolnym słuchaczem stanie się mężczyzna...
Inaczej: Pół biedy, kiedy gadamy do siebie, nie żądając zrozumienia. Gorzej, jeśli odpytujemy faceta z wygłoszonego właśnie wykładu, bo wtedy same szukamy kłopotów.
Mężczyźni mają do perfekcji opanowane niesłyszenie tego, co do nich mówimy. Potrafią patrzeć nam w oczy, kiwać głową i NIC, ale to absolutnie NIC nie kumać! Mało tego, zahaczeni znienacka, są w stanie bezbłędnie powtórzyć ostatnie zdanie! Nic jednak z tego nie zostaje w głowie, stąd prędzej czy później nasze pretensje: "Bo ty mnie wcale nie słuchasz!"
I to nie jest prawda. On słucha, ale nie słyszy!
Innym kardynalnym błędem, jest przepowiadanie mężczyźnie całego planu dnia, z nadzieją, że on go zapamięta. Duży optymizm! Jaki bowiem związek zachodzi między porannym odprowadzeniem dziecka na zajęcia, pójściem do teściów na obiad a trzepaniem dywanu wieczorem? Żaden, więc jak to spamiętać? Po co zresztą on ma się tego uczyć na pamięć, przecież i tak usłyszy to wszystko od nas jeszcze parę razy, tylko lista będzie coraz krótsza.
Kiedy próbuję wytłumaczyć mężowi, że jutro ma pojechać np. do spółdzielni mieszkaniowej i załatwić to i to, on zwykle odpowiada: To po co mi to teraz mówisz? Powiesz mi jutro!
No fakt. Po co obciążać sobie mózg dzisiaj, skoro można to odsunąć w czasie? Przestałam więc uprzedzać, teraz działam z zaskoczenia, w ostatniej chwili i to się bardziej sprawdza.
Jeżeli mówimy za dużo, potok słów zamienia się w szum, który opływa uszy naszego partnera jak letni wiatr. Łatwo to sprawdzić prostym testem: Opowiadając obszernie swojemu mężczyźnie np. o przyjaciółce, która spodziewa się dziecka i dlatego pewnie straci pracę, ale rodzice jej pomogą i wyremontują mieszkanie itp. proszę tym samym tonem mimochodem wtrącić między słowami, że "przespałam się z twoim najlepszym kumplem" , albo "wczoraj miałam aborcję". Ciekawe, ilu panów zareaguje. Stawiam na max. 10%. Cała reszta będzie w tym momencie pogrążona w swoim pudełku nicości, z którego może ich wyrwać tylko walnięcie w głowę, albo początek meczu w TV. Bo zupełnie nie są zainteresowani losami naszej przyjaciółki...
Dlatego jeżeli mamy w domu typowego mężczyznę, któremu chcemy przekazać coś naprawdę istotnego, należy:
1. dokonać wyboru, czy bardziej zależy nam w tej chwili na jego reakcji werbalnej, wyrażeniu swoich uczuć itp., czy na konkretnym działaniu, np. wyniesieniu tych cholernych śmieci, zatankowaniu paliwa, czy pójściu z dzieckiem na spacer.
2. przygotować sobie w punktach, co istotnego mamy mu do zakomunikowania z wybranego tematu, bez żadnych wątków pobocznych, itp..
Na pewno nonsensem jest mówienie do pleców mężczyzny, którego pochłonął komputer, albo mecz. Gwarancja, że nie zrozumie absolutnie niczego, wynosi mocne 100 %.
Należy raczej podejść i spokojnie zapytać:
- Kochanie, czy mogę ci przeszkodzić na chwilę?
Kiedy powie że tak, a na dowód przeniesie na nas wzrok, należy jeszcze się upewnić:
- Czy możesz się na chwilkę skupić? Nie zajmę ci dużo czasu.
Kiedy jego wzrok ustabilizuje się na naszym obliczu a ręce oderwą się od klawiatury, można POKRÓTCE przedstawić swój problem. To jedyny sposób, żeby dotarło.
Można też użyć metody mamuta Mańka z Epoki Lodowcowej, kiedy mówił do leniwca: Patrz mi na trąbę. Powiem krótko: To i to. (przy czym to naprawdę musi być krótko. W innym przypadku nasz partner następnym razem nie da się nabrać i odpłynie myślami już przy pierwszym zdaniu).
Nie zapominamy o punkcie 1. Skupiamy się tylko na jednym aspekcie sprawy, nie na wszystkim naraz. To da nadzieję, że kiedy przyjdziemy następnym razem z inną sprawą, znowu zostaniemy USŁYSZANE, ze zrozumieniem. Pod warunkiem, że nie przyjdziemy za 5 minut, nie wolno przeginać...
Zaczęłam się zastanawiać nad kobiecym gadulstwem, kiedy kolejny raz zostałam skarcona przez mojego masażystę od stóp, że gadam podczas masażu. Kto jest na bieżąco z fragmentami mojej książki na blogu zobaczy, jak strasznie ciężko było mi się zamknąć. Pomijam fakt, że szkoda było milczeć, kiedy widujemy się rzadko, a tyle tematów leży odłogiem, bardziej jednak czułam, że skoro on ciężko pracuje nad moimi stopami, to ja przynajmniej mogę zabawiać go rozmową. Okazało się, że wręcz przeciwnie!
W zasadzie powinnam się obrazić, kiedy chciał mnie uciszyć, ale po namyśle uznałam, że może mężczyznom milczenie sprawia więcej radości, niż nam się wydaje. Że kaskady słów mogą być dla nich bardziej męczące, niż pomilczenie razem... Zresztą, jak ja miałam się na niego obrazić, kiedy dostałam taki list?:
Kiedyś zacznę eksperymentować na Twoim ciele. Znajdę w końcu ten ośrodek mowy, który Chińczycy studiowali od tysięcy lat.
To jest ten słynny punkt G, czyli GADANIE!. Mężczyźni zawsze próbowali go znaleźć..., aby go wyłączyć! Poszukiwania po wierzchu nie dały rezultatu, więc ktoś doszedł do wniosku, że trzeba szukać głębiej. Naukowcy osiągnęli już pewien sukces. Zamienili gadanie na lekko zdławiony szept, szelest głosu. Są jednak też niepokojące doniesienia, że to podobno jest grupa rozsianych punktów.
JUŻ JEDNAK JESTEŚMY BARDZO BLISKO
Na koniec cytat z Piotra Fronczewskiego z jakiejś sztuki (za Boga nie pamiętam tytułu): "Kobiety cierpią tylko w dwóch sytuacjach: kiedy rodzą i kiedy milczą... Moja żona rodziła dwa razy, za to nigdy nie milczała"...
Zostawiam pod rozwagę...
niedziela, 3 kwietnia 2011
Somewhere
Wróciłam z kina z dużym niedosytem. Czując wciąż podskórnie klimacik "Między słowami" Coppoli dałam się podpuścić zachęcającym tytułem :"Somewhere, Między miejscami". W zamyśle tłumacza miało to być nawiązanie, a wyszło jak nieudolna podróbka. Cztery gwiazdki w Wyborczej uważam za zdecydowanie przesadzone. Film nie ma ani trochę tamtej atmosfery, ani nie trzyma poziomu.
To co w debiucie Coppoli było odkrywczo świeże i zabawne, tutaj wydaje się naciągane. Np. mina Billa Muraya, oglądającego western lub siebie samego "mówiącego" po japońsku to nie to samo, co bezmyślna mina Dorffa oglądającego to samo po włosku.
Scena, kiedy japońska tłumaczka używa 3 słów na przekazanie 30 zdań reżysera reklamówki, tutaj w ogóle nie śmieszy, kiedy to samo robi włoska dziennikarka. Reakcja Murraya na starania gejszy przysłanej mu do towarzystwa to majstersztyk, tutaj zaś nasz bohater zasypiający podczas tańca dziewczyn na rurze, to tylko marne naśladownictwo. Taniec też jest marny zresztą, co jest o tyle dziwne, że takiego filmowego gwiazdora stać byłoby zapewne na zamówienie sobie do pokoju prawdziwego show, takiego jak choćby można było obejrzeć w castingu do naszego You can dance. Kalki, kalki i nic innego.
Reszta to opis beznadziei życia młodego panicza, które kręci się wokół alkoholu, seksu i ujeżdżania Ferrari. Wszystko mogło się zmienić po przyjeździe jego 11-letniej córki, ale sposób w jaki tatuś organizuje jej życie, sam przy tym budząc się z letargu jest zaiste oryginalny: albo grają w gry telewizyjne, albo lecą helikopterem do Vegas, gdzie tatuś gra w kości, albo zamawiają lody o 2.00 w nocy w luksusowym apartamencie... Przemiana ma polegać na tym, że chłoptaś nagle stwierdza, że jego życie było puste, że jest zerem itp. Tylko nie rozumiem, czym życie które wiódł przez parę dni z córką, różniło się od poprzedniego. Dokładnie tak samo pławił się w luksusie, bo zamiast z córką grać choćby z Scrabble, albo prowadzić poważne rozmowy, wyleguje się z nią nad basenem, a do śniadania siada z nimi panienka, którą przeleciał w nocy, nie bacząc na córkę za ścianą.
Strasznym to fałszem tchnie, nie ma w tym prawdziwych emocji i przede wszystkim odpowiedzi na pytanie: co dalej? Bo samo popłakanie sobie w słuchawkę i przyznanie się, że "jestem nikim" to za mało na finał godziny i czterdziestu minut przeciąganych w nieskończoność ujęć.
To co w debiucie Coppoli było odkrywczo świeże i zabawne, tutaj wydaje się naciągane. Np. mina Billa Muraya, oglądającego western lub siebie samego "mówiącego" po japońsku to nie to samo, co bezmyślna mina Dorffa oglądającego to samo po włosku.
Scena, kiedy japońska tłumaczka używa 3 słów na przekazanie 30 zdań reżysera reklamówki, tutaj w ogóle nie śmieszy, kiedy to samo robi włoska dziennikarka. Reakcja Murraya na starania gejszy przysłanej mu do towarzystwa to majstersztyk, tutaj zaś nasz bohater zasypiający podczas tańca dziewczyn na rurze, to tylko marne naśladownictwo. Taniec też jest marny zresztą, co jest o tyle dziwne, że takiego filmowego gwiazdora stać byłoby zapewne na zamówienie sobie do pokoju prawdziwego show, takiego jak choćby można było obejrzeć w castingu do naszego You can dance. Kalki, kalki i nic innego.
Reszta to opis beznadziei życia młodego panicza, które kręci się wokół alkoholu, seksu i ujeżdżania Ferrari. Wszystko mogło się zmienić po przyjeździe jego 11-letniej córki, ale sposób w jaki tatuś organizuje jej życie, sam przy tym budząc się z letargu jest zaiste oryginalny: albo grają w gry telewizyjne, albo lecą helikopterem do Vegas, gdzie tatuś gra w kości, albo zamawiają lody o 2.00 w nocy w luksusowym apartamencie... Przemiana ma polegać na tym, że chłoptaś nagle stwierdza, że jego życie było puste, że jest zerem itp. Tylko nie rozumiem, czym życie które wiódł przez parę dni z córką, różniło się od poprzedniego. Dokładnie tak samo pławił się w luksusie, bo zamiast z córką grać choćby z Scrabble, albo prowadzić poważne rozmowy, wyleguje się z nią nad basenem, a do śniadania siada z nimi panienka, którą przeleciał w nocy, nie bacząc na córkę za ścianą.
Strasznym to fałszem tchnie, nie ma w tym prawdziwych emocji i przede wszystkim odpowiedzi na pytanie: co dalej? Bo samo popłakanie sobie w słuchawkę i przyznanie się, że "jestem nikim" to za mało na finał godziny i czterdziestu minut przeciąganych w nieskończoność ujęć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)