czwartek, 21 kwietnia 2011

Świąteczne tortury

Nadchodzą święta Wielkanocne i jak co roku większość z nas przeżyje ambiwalencję uczuć, od radości począwszy, poprzez pewien dyskomfort, lęk, duży stres, a skończywszy na prawdziwej panice.
Chyba nic nie budzi w nas tak sprzecznych emocji: z jednej strony człowiek jest zwierzęciem stadnym i ma naturalną potrzebę spotkania się z drugim, bliskim człowiekiem przy świątecznym stole. Do tego nawyki, tradycje wyniesione z domu, nie pozwalają przejść nad tym obojętnie.
Z drugiej zaś strony obawy jakie tym spotkaniom towarzyszą, każą czasem zadać sobie pytanie: Czy warto?
Opinii będzie całe mnóstwo, ale chyba z grubsza społeczeństwo w tym temacie daje się podzielić na 3 grupy.
Pierwsza grupa to osoby absolutnie szczęśliwe, że w ten dzień mają pod jednym dachem rodziców i dzieci, czasem rodzeństwo i dziadków. Cieszą się, że rzadko bo rzadko, ale spotkają się ze sobą ludzie, którzy na co dzień albo nie mają czasu, albo ochoty tego robić, a w święta nie mają wymówki.
Do tej grupy na ogół należą osoby starsze, często już niepracujące, które nie widują swoich bliskich zbyt często, w tym rodzice dzieci przebywających za granicą. Należą do nich także młodsi, którzy z różnych powodów są samotni i nawet stojąc buńczucznie na pozycji singla, któremu nikt inny nie jest do szczęścia potrzebny, jednak gnają do rodziny na święta jak w dym, doceniając to, że w ogóle mają dokąd gnać. Bo ci, co nie mają, mają gorzej.
Do tej grupy należą też osoby, które wskutek szczęśliwego zrządzenia losu naprawdę przeżywają wspaniałe święta i czekają na następne z utęsknieniem. Niestety, nie wiemy ile ich jest, ale raczej nie stanowią większości.
Grupa znajdująca się na skrajnie przeciwnym biegunie to ci, którzy święta, mówiąc dosadnie, olewają. Uważają, że nie ma w nich przyjemnego, poza odwalaniem pańszczyzny, że w życiu mają tak mało czasu na przyjemności, że wolą ten czas spędzić samotnie lub z partnerem. Wyjechać w ładne miejsce, nie stać przy garach, bo ktoś ich obsłuży, spacerować po lesie, albo po piramidach, słuchać muzyki, zamiast gderania matki, czy teściowej, łazić w piżamie do południa, zamiast od świtu lecieć ze święconką itp.
Trzecia grupa chyba jest najliczniejsza. To osoby w każdym wieku, pochodzące zarówno z dużych jak i maleńkich miast, o wyższym lub niższym wykształceniu, będące w związku lub nie, ... które nie cierpią świąt, ale nie mają dość siły, aby sprzeciwić się dyktatowi. Należy do nich często typowa gospodyni domowa, która te święta musi fizycznie przygotować. Nastać się w kuchni od rana do wieczora, przytargawszy uprzednio ilość jedzenia, która wyżywiłaby afrykańską wioskę przez pół roku. Musi poprać, wyprasować i rozwiesić te cholerne firany, udekorować stół, wymalować jaja, napiec mięs i ciast, a w zamian za to potem musi wysłuchiwać przez kilka godzin, jak rodzina prawi sobie złośliwości przy stole, albo wręcz skacze do gardeł.

Do tej grupy należy zapewne mąż gospodyni, który nie ma pożytku z żony przez kilka dni, sam też jest goniony do dźwigania zakupów czy trzepania dywanów, a potem musi się uśmiechać do teściowej, i znosić jej krytyczne uwagi na temat np. swojej zawodowej kariery. Dzieci też są uziemione, zwłaszcza że to nie Boże Narodzenie, więc nawet na prezenty nie można liczyć. One też wolałyby poganiać po podwórku, a nie tkwić przy stole od śniadania do podwieczorku, bo przecież nie wypada rozejść się wcześniej, skoro udało się zebrać całe towarzystwo do kupy!

Wbrew pozorom, ci co nie urządzają świąt sami, a tylko wymaga się od nich biernego udziału, też wcale nie są szczęśliwsi. Gospodyni może chociaż legalnie uciec do kuchni, bo ma alibi, gość zaś musi tkwić przy stole, aż się nabawi hemoroidów. Jak spróbuje urwać się na bok z gospodarzem i walnąć szybką wódkę prostującą w sypialni, bo na trzeźwo tego nie może znieść, zaraz wytropi go tam szwagierka, mamusia, w najlepszym razie dziecko, które zażąda haraczu za milczenie. Itd.

Dlaczego ta świąteczna danina, jaką składają zarówno wierzący, jak i ateiści, musi być takim męczeństwem? Dlaczego tak często zamiast cieszyć się naprawdę z rodzinnego spotkania, liczymy godziny do wyjścia?
Jest wiele powodów. Pierwszym jest oczywiście charakter osób zebranych, stopień ich zgodności bądź skłócenia, łączące ich relacje. Na to niestety nie mamy wpływu. Natomiast czynnikiem, moim zdaniem bardzo istotnym, na który mamy wpływ, jest koszmarna długość tych "posiadów".

Bo tak: Generalnie wszyscy zebrani siadają do stołu z jakąś dozą dobrej woli.
Na początku są też trzeźwi, co powoduje, że się kontrolują. Jeśli się dawno nie widzieli, na wejściu mają mnóstwo tematów do omówienia, które są neutralne, nie wywołują iskrzenia, a każdy ma coś do opowiedzenia, o czym reszta nie wie. Poza tym towarzystwo jest głodne, a więc konsumpcja staje się istotnym wypełniaczem czasu. Chwalenie gospodyni, pomaganie jej w wynoszeniu i przynoszeniu z kuchni powoduje rozgardiasz, który rozprasza uwagę, sprawia że każdy może pogadać z kimś na boku, swobodniej.

Jednak z każdą godziną spędzoną przy stole, nastrój się pogarsza. Alkohol, który w początkowej fazie przyniósł przyjemne rozluźnienie, zaczyna działać odwrotnie. Osoby w głębi ducha nieprzyjazne i agresywne, po alkoholu zaczynają mówić to co myślą, a co do tej pory skrywały. Nadmiar jedzenia (jak to podczas polskich świąt) zaczyna wywoływać zmęczenie i ociężałość, a przez to i rozdrażnienie. Buty piją, pasek ciśnie, o krawacie nie wspomnę. Tematy neutralne się skończyły, więc ktoś koniecznie chce wypowiedzieć swoje zdanie nt. krzyża na Krakowskim, czego inni mu nie darują. Zaczyna się Apokalipsa, od której gospodyni próbuje uciec do kuchni, szwagier znów zaszyć się z butelką w sypialni, dzieci wyrywają się na podwórko...

W końcu ktoś rzuca hasło, że trzeba iść do domu, co pozostali przyjmują z ulgą, licząc już dni spokoju do następnych świąt.

A przecież można tego uniknąć. Po pierwsze można ustalić, że impreza nie będzie trwała dłużej niż 2 - 2,5 godziny. Po drugie podać wino bezalkoholowe, przynajmniej tym osobom, które po alkoholu robią się agresywne. Takie wino istnieje, ma 0,5 % alk. i można je kupić na Allegro i nie tylko. Ktoś nie będący znawcą da się nabrać, gwarantuję. Po trzecie zmniejszyć ilość jedzenia, co nie wzbudzi żadnych zastrzeżeń, jeśli impreza będzie krótsza, a gospodyni ulży w robocie. Po czwarte zarządzić zakaz poruszania tematów politycznych. Niestety, od czasów sławetnej IV RP społeczeństwo podzieliło się w stopniu niespotykanym nawet za ciężkiej komuny. Ustalenie pewnych zasad przy stole jest możliwe, jeśli się to odpowiednio spokojnie i racjonalnie przedstawi.
To wszystko ma szanse sprawić, że nie będziemy myśleć o kolejnych świętach jak o torturze, którą musimy 2 razy do roku zaliczyć. Wszyscy ci, którzy czytając ten tekst pomyśleli: "Mnie to nie dotyczy" prawdopodobnie już dawno wpadli na to samo rozwiązanie. Albo należą do tej rzadkiej grupy rodzin, w której wszyscy członkowie są zgodni, kochający, mają te same poglądy, a po alkoholu robią się jeszcze bardziej zgodliwi. Nie mówię, że takich rodzin nie ma wcale. Ale ile ich jest?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz