Wróciłam z kina z dużym niedosytem. Czując wciąż podskórnie klimacik "Między słowami" Coppoli dałam się podpuścić zachęcającym tytułem :"Somewhere, Między miejscami". W zamyśle tłumacza miało to być nawiązanie, a wyszło jak nieudolna podróbka. Cztery gwiazdki w Wyborczej uważam za zdecydowanie przesadzone. Film nie ma ani trochę tamtej atmosfery, ani nie trzyma poziomu.
To co w debiucie Coppoli było odkrywczo świeże i zabawne, tutaj wydaje się naciągane. Np. mina Billa Muraya, oglądającego western lub siebie samego "mówiącego" po japońsku to nie to samo, co bezmyślna mina Dorffa oglądającego to samo po włosku.
Scena, kiedy japońska tłumaczka używa 3 słów na przekazanie 30 zdań reżysera reklamówki, tutaj w ogóle nie śmieszy, kiedy to samo robi włoska dziennikarka. Reakcja Murraya na starania gejszy przysłanej mu do towarzystwa to majstersztyk, tutaj zaś nasz bohater zasypiający podczas tańca dziewczyn na rurze, to tylko marne naśladownictwo. Taniec też jest marny zresztą, co jest o tyle dziwne, że takiego filmowego gwiazdora stać byłoby zapewne na zamówienie sobie do pokoju prawdziwego show, takiego jak choćby można było obejrzeć w castingu do naszego You can dance. Kalki, kalki i nic innego.
Reszta to opis beznadziei życia młodego panicza, które kręci się wokół alkoholu, seksu i ujeżdżania Ferrari. Wszystko mogło się zmienić po przyjeździe jego 11-letniej córki, ale sposób w jaki tatuś organizuje jej życie, sam przy tym budząc się z letargu jest zaiste oryginalny: albo grają w gry telewizyjne, albo lecą helikopterem do Vegas, gdzie tatuś gra w kości, albo zamawiają lody o 2.00 w nocy w luksusowym apartamencie... Przemiana ma polegać na tym, że chłoptaś nagle stwierdza, że jego życie było puste, że jest zerem itp. Tylko nie rozumiem, czym życie które wiódł przez parę dni z córką, różniło się od poprzedniego. Dokładnie tak samo pławił się w luksusie, bo zamiast z córką grać choćby z Scrabble, albo prowadzić poważne rozmowy, wyleguje się z nią nad basenem, a do śniadania siada z nimi panienka, którą przeleciał w nocy, nie bacząc na córkę za ścianą.
Strasznym to fałszem tchnie, nie ma w tym prawdziwych emocji i przede wszystkim odpowiedzi na pytanie: co dalej? Bo samo popłakanie sobie w słuchawkę i przyznanie się, że "jestem nikim" to za mało na finał godziny i czterdziestu minut przeciąganych w nieskończoność ujęć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz