piątek, 15 kwietnia 2011

Drzewo

Wyczuwam u siebie swoistą schizofrenię, jeśli chodzi o podejście do tzw. zieleni.
Z jednej strony uwielbiam i się chętnie otaczam, z drugiej strony bezwględnie eksterminuję.
W moim domu zieleni nigdy nie brakowało, tylko jej żywot jakby nie należy do długich. Jak u chomików. I podobnie jak chomika, łatwo jest zieleń, która była zeszła, zastąpić nową doniczką. Ale to naprawdę nie jest moja wina! Nie należę do tych osób, które zaniedbują swoją zieleń. Wręcz przeciwnie, ja nie tylko ją podlewam z precyzją szwajcarskiego zegarka, ale też na wiosnę wymieniam ziemię, dokarmiam jakąś breją, rzekomo przetrawioną przez dżdżownice. Ba, nawet podlewam wodą z przelewania kiełków, która jest podobno drogocenna (dobrze, że nie każą nam jej pić, tej wody). Zbieram suche listki, przesadzam do większych doniczek... a ta zieleń za grosz wdzięczności nie okazuje, tylko prędzej czy później zdycha...
Nie wiem, czym ja jej podpadłam. W końcu my - odpukać - jesteśmy zdrowi, więc chyba nie stoimy na jakichś strasznych żyłach czyli ciekach, żeby jej to miało szkodzić. Nie stoi w przeciągu, nie wdycha wyziewów z gazowego piecyka. No to dlaczego, do cholery, obumiera?
Myślałam , myślałam, aż wymyśliłam. Wielce prawdopodobną przyczyną niedyspozycji mojej zieleni, jest.... inna zieleń.
A dokładniej mówiąc, drzewo, które rośnie na wprost mojego balkonu. Rok temu przeżyłam euforię, graniczącą z religijnym uniesieniem, kiedy wróciłam do domu, a tam...światłość!
Alleluja! Ktoś pod naszą nieobecność obciachał to cholerne drzewo z każdej strony i wpuścił wreszcie trochę światła do domu.
Radość niestety trwała krótko. Przyroda jest bezwstydna i w ciągu 3 miesięcy drzewo porosło całkiem nowymi gałęziami, 2-3 metrowej długości, które pokryły się listowiem jeszcze gęstszym niż rok wcześniej. Do pokoju wróciła ciemność.
W tym roku postanowiłam zaatakować na własną rękę. Od 4 tygodni próbuję drzewo uśmiercić, albo przynajmniej ograniczyć jego rozrost. Codziennie podlewam je jakimś specyfikiem, i to nie byle czym, bo menu mam urozmaicone: nasycony roztwór soli (1,5 kg na 1,5 litra wody), bielinka (ta najtańsza, więc najbardziej wredna), płyn do odrdzewiania śrub, płyn do czyszczenia WC, saletra amonowa w nieludzkim stężeniu, a ostatnio granulki do udrażniania rur kanalizacyjnych, które po rozpuszczeniu w wodzie prawie się zagotowały a roztwór przez dobrą godzinę parzył. Pod osłoną nocy, jak tajemniczy Don Pedro w ciemnej pelerynie, przemykam się chyłkiem pod mojego ulubieńca. Bacznie się przy tym rozglądam, a kiedy pojawia się ktoś z psem, zlewam się z podłożem i przykrywam gałązkami darni. Na razie nikt mnie chyba nie namierzył.
Pozostaje zadać głupie pytanie o skuteczność moich działań.
Odpowiadam jak na spowiedzi: Na dzień dzisiejszy wynosi ona zero, przecinek zero.
Wprawdzie teren wokół drzewa przypomina glebę po wybuchu bomby nuklearnej, nie zielenią się też najbliższe krzaki z żywopłotu, za to drzewo pręży się rozpustnie, wypuszczając wciąż nowe listki. Ewidentnie robi sobie ze mnie jaja.
To jest wojna, jak mówił Linda! Nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa. Co prawda powoli wyczerpują mi się pomysły na dalszą eksterminację, ale się nie poddaję. Może ktoś poratuje mnie w nieszczęściu i da jakąś skuteczną radę. Z góry mówię, że nie ma mowy o wycięciu, administracja by mnie zabiła. Help!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz