czwartek, 31 marca 2011

Kot i mysz

Środek nocy.. jakaś 3.00 chyba.
Z przedpokoju rozlega się przeciągły ryk, niby skowyt, albo zawodzenie...
Budzę męża, któremu nawet atak artyleryjski nie zaburzyłby snu:
- Kochanie, zobacz, co z kotem. Tylko załóż kapcie, bo podejrzewam, że coś przywlókł...
Mąż wygramolił się powoli, długo go nie było, więc zasnęłam.

Rano pytam, co się działo.
Moje przypuszczenie się potwierdziło: kot przyniósł żywą mysz, całkowicie pełnosprawną, więc chciał się pochwalić. Kiedy mój mąż już pochwalił i chciał go razem z tą myszą w zębach wysadzić za okno, kot otworzył pysk i mysz wypadła. No to mąż puścił kota, a ten znów złapał mysz.
Mąż za kota, kot w tym momencie robi Aaaa..., jak u laryngologa, mysz wypada...
Kabaret powtórzył się ze 3 razy, w końcu wkur... zdenerwowany małżonek użył brzydkiego wyrazu i porzucił cholerę razem z jego zdobyczą, po czym wrócił do łóżka.

Następnego dnia śladów myszy nie stwierdziłam, więc o sprawie zapomniałam.
Do czasu, kiedy coś przeleciało lotem błyskawicy po blatach kuchennych..!
Normalnie nie boję się myszy. Uważam je za śliczne stworzonka, ale wtedy kiedy siedzą spokojnie w klatce, albo robią słupka jak ta w "Zielonej Mili".
Ale coś pryskające mi po szafkach kuchennych z prędkością światła, najbardziej odważną osobę wytrąciłoby z równowagi.

Było ciepło, okna pootwierane na przestrzał, kot zasadniczo w domu (poza nocnym lumpowaniem), więc byłam przekonana, że problem sam się rozwiąże.
Nie rozwiązał!
Kot ani myślał polować na TĘ konkretną mysz., a ona ani myślała się wyprowadzać.

Żyliśmy sobie tak ze 4 miesiące we czwórkę: nas dwoje, kot i mysz. Kiedy zaczęłam znajdować mysie bobki już nawet w pudełku z chusteczkami, moja cierpliwość się skończyła. Zaczęłam akcję "Eksterminacja".
Próba kupienia humanitarnej pułapki, która nie robi krzywdy, a tylko łapie, nie powiodły się. Z cieżkim sercem kupiłam więc pułapkę śmiercionośną, która jednakowoż w ogóle się nie sprawdziła. Kiedy serek założony był luźno, znikał, bez uruchomienia zapadki. Kiedy był ciasno nabity, pozostawał nietknięty... Zaczęłam odczuwać wpływ wyższej inteligencji...

Po kolejnym miesiącu zabawy "w kotka i myszkę" (teraz rozumiem, o co w niej chodzi), przerzuciłam się na zatrute ziarno.
Znosiłam do domu wyrafinowaną trutkę, która działa z opóźnieniem. Rzeczywiście, działała chyba ze sporym opóźnieniem, bo przez następne 2 tygodnie dzień w dzień z miseczki znikała spora garść, a zwłok myszy jak nie było, tak nie było. Zaczęłam się zastanawiać, ile ja mam gąb do wykarmienia, bo taka mała myszka nie byłaby w stanie zeżreć tego w pojedynkę! Przez tyle dni...

Aż któregoś dnia ziarno przestało znikać. Zwłok nadal nie stwierdzono, ani podejrzanych zapachów. Powoli nauczyliśmy się znowu żyć we trójkę.
Stres przeżyłam tylko raz, kiedy w celach remontowych trzeba było zdemontować całą ścianę szafek i kuchni. Poza niezliczonymi bobkami, niczego innego nie znaleziono... Zagadka, ile nas w końcu było i przez jaki czas, pozostanie nierozwiązana..

Dziś mija 6 lat od kiedy nasz ukochany Kocio wyszedł z domu i dotychczas nie powrócił...

środa, 30 marca 2011

Młodszy czyli lepszy?

Wszystko zaczęło się rok temu. Niezbyt przemyślana decyzja o wstąpienie na portal "Sympatia" wywołała w moim życiu niezłe trzęsienie ziemi. Jednak jako dziecko szczęścia poznałam tam kilka fantastycznych osób, chociaż ani mi było w głowie szukanie kogoś na życie. Z setek wymienionych listów powstało coś na kształt książki, którą mam zamiar wkrótce opublikować.

Zanim jednak do tego doszło, zaczęłam (na stare lata) bawić się w blogerkę. 3 miesiące blogowania na Wirtualnej kosztowało mnie sporo siwych włosów i godzin spędzonych na bezsilnym gryzieniu klawiatury, kiedy na mój blog się w ogóle nie dało wchodzić, albo padał licznik odwiedzin (rzecz dla wyrafinowanych blogerów ważniejsza niż PESEL), albo system pokazywał, że na danym blogu nie istnieją żadne wpisy.
Mam nadzieję, że serwery Google lepiej sobie radzą z awariami, dlatego chcę spróbować tutaj. Na początek chciałabym przytoczyć tu kilka tekstów, które cieszyły się powodzeniem na WP, więc może i Państwu się spodobają. Od czego by tu zacząć...?

Niech to będzie coś, co wynikło z moich rocznych obserwacji portali randkowych:

Młodszy, czyli lepszy?

Pytanie stare jak świat, ale odpowiedź zamotana jak przyczyny katastrofy smoleńskiej. Aspektów zaś taka mnogość, że temat powinien stać się przedmiotem jakiejś naukowej dysertacji.

Zacznijmy od definicji.

Co znaczy "młodszy"- wiadomo. Opozycja do "starszy". Ale ile lat ma mieć "młodszy"? Czy tylko 20, czy 35-letni też się łapie? Oczywiście kiedy mój 65 letni znajomy mówi do mnie "dziecko", mogę się tylko uśmiechnąć z pobłażaniem. Ale kiedy wchodzę do klubu na Mazowieckiej (bo czasem udaje mi się uniknąć wykluczenia przez selekcjonera), wtedy natychmiast czuję się bardzo "starsza".
Przyjmijmy dla skupienia uwagi, że taką granicą "starszeństwa", co do której pewnie zgodzi się większość respondentów, będzie wiek 40-45 lat.

Znacznie bardziej złożona jest odpowiedź na pytanie, co to znaczy "lepszy".
Lepszy w czym? W graniu w piłkę, negocjowaniu z bankiem, prowadzeniu firmy, czy szeroko pojętym życiu w związku, w tym oczywiście - w seksie.
Myślę, że bez wahania przeciętny obywatel odniesie to pytanie tylko do dwóch sytuacji: w pracy i w łóżku.

Nigdzie indziej bowiem zalety i wady zarówno młodości jak i star... podeszłego wieku nie są tak bardzo na widelcu. W żadnej innej dziedzinie wiek danej osoby nie jest tak istotny i tak odwrotnie postrzegany przez przeciwne grupy wiekowe.
Bo przecież nikogo nie interesuje wiek artysty malarza, sprzątaczki, pisarza, autora artykułu w gazecie, sprzedawcy z Allegro... Żaden młodzian nie wyśmieje Micka Jaggera, ani 70-letniej Tiny Turner, tak jak starsi nie obrzucą pomidorami Moniki Brodki. Najwyżej nie pójdą na koncert.

Ale kiedy dojdziemy do momentu, gdy będziemy musieli zatrudnić pracownika, lub znaleźć partnera do łóżka - pojawiają się spory w doktrynie.
Obrońcy siwego włosa zgodnie zakrzykną, że pracownik z 20-letnim stażem jest szczególnie pożądany, albowiem oprócz wiedzy ma także doświadczenie, często ważniejsze od tej wiedzy, a ponadto ma MOTYWACJĘ. Taki pracownik nie ma 100 ofert do wyboru. On będzie się starał wypełniać swoje obowiązki jak najlepiej, żeby nie narazić się na zwolnienie. Nie pyskuje, jest elastyczny, pięć razy ugryzie się w język, zanim rzuci wypowiedzeniem. Nie spóźni się do pracy dlatego że zabalował w klubie. Nie będzie brał zwolnień na małoletnie dzieci.

No tak, ale z punktu widzenia pracodawcy znaczenie mają jednak inne aspekty:
Pierwsza prawda, najbardziej brutalna - wiedza osób starszych, nawet w połączeniu z doświadczeniem, w wielu sytuacjach jest wiedzą UJEMNĄ. Nie tylko nie przydaje się na nic, ale wręcz utrudnia funkcjonowanie w nowoczesnej firmie, która już solidnie urządziła się w XXI wieku, podczas kiedy nasz delikwent tkwi jeszcze w XX.

Niby dzielą ich od siebie pojedyncze lata... Ale są to lata świetlne jeśli chodzi o zmiany w skali makro i mikro. Celowo nie używam słowa:postęp. Oczywiście, że postęp w wielu dziedzinach ma miejsce, ale przez 5 czy 10 lat nie wymyśla się czegoś na miarę koła, czy żarówki. Postęp jest zresztą bacznie obserwowany przez starsze pokolenie i nikt o średnim poziomie inteligencji nie będzie już próbował zgrywać danych na dyskietkę, czy szukać w sklepie kaset VHS.

Zmiany natomiast dotykają starsze osoby przede wszystkim w sferze mentalności. One nie wytrzymują beztroskiego spóźnialstwa młodych kolegów, zawalania terminów, grania w godzinach pracy w The Sims 4, korespondowania z koleżanką z Sympatii itp. Nie mogąc tego zaakceptować staną się synonimem Smurfa Marudy, który ma sklerozę, i nie łapie w lot nowych rozwiązań, więc potrzebuje notatek i wielokrotnego tłumaczenia.

Do tego dochodzi całkowita niemożność porozumienia ze względu na używany przez młodych ludzi slang korporacyjny, który w dodatku, chyba z czystej złośliwości, wciąż ewoluuje. Osoba w średnim wieku nie ma żadnych szans na nauczenie się tego języka, bo zanim go opanuje, stanie się już nieaktualny. Poza tym nie ma chyba bardziej żałosnego widoku, niż 50-latek mówiący: Spoko wodza! Twoja muza rulez!

Czy to więc znaczy, że młodszy = lepszy? O, nie! Jako wieloletni pracodawca mogę z całą odpowiedzialnością zaświadczyć, że chociaż młodzi ludzie z pewnością potrafią zachwycić świeżymi pomysłami i czasem bywają zabawni, jednak postępujący poziom matołectwa, wynik coraz bardziej obsuwającego się poziomu szkół, wzbudza w wielu pracodawcach autentyczny popłoch.

Do tego dochodzi epidemia dyslekcji i dysgrafii. Dlaczego nie dziwi mnie 30-letni pracownik banku, który wypełniając poważny formularz dla potrzeb faktoringu pyta mnie: "Warzywo" pisze się przez ż, prawda? Sam jesteś WAŻYWO! miałam ochotę krzyknąć, ale co by to dało?

Nie da się więc jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, kogo zatrudnić? Najlepiej, żeby wszyscy pracownicy mieli 37 lat i zatrzymali się na tym etapie. Żeby mieli "przedwojenną " wiedzę i morale, ale kreatywność i świeżość całkiem nowożytną. Żeby potrafili się dopasować do wymagań starszych, ale też mieli własne zdanie, byli samodzielni i odważni... Pomarzyć dobra rzecz!

Ale to wszystko pryszcz w porównaniu z oceną wieku osoby, "z którą się kładziemy w pościel", cytując Jonasza Koftę.
Tutaj to dopiero paradoks goni paradoks! No bo przecież odpowiedź wydaje się oczywista jak stan zdrowia psychicznego posła Macierewicza. Młody, zgrabny, wysportowany, zawsze powinien być materiałem bardziej pożądanym niż łysiejący pan z brzuszkiem. Tak samo jak dziewczę z jędrnym biustem i takąż pupą nie daje żadnych szans pani z widocznym cellulitem, której biust już dawno przegrał z prawem grawitacji.
A jednak...

Gdyby tak było, panie w wieku po-Balzakowskim nie byłyby zasypywane niedwuznacznymi propozycjami ze strony 20-25 latków. W mieście, w którym 4 kobiety przypadają na 1 mężczyznę, z czego tylko część jest z "drugiego rozdania", a reszta to właśnie owe młode, hoże dziewoje, po jaką cholerę młodzieńcy garną się do kobiet w wieku swoich matek? Jakaś niezdrowa ciekawość, początki gerontofilii, chęć pożartowania sobie ze starszej pani? Oj, nie sądzę...

Może w seksie - odwrotnie niż w pracy - doświadczenie zawsze jest wartością dodaną? Może starsze kobiety są bardziej świadome swojego ciała, a więc czerpią z seksu więcej rozkoszy? Może nie udają orgazmów, bo mają je na życzenie? Może nie czekają, aż partner będzie czytał w ich myślach, tylko delikatnie nim posterują?
Raczej też nie zajdą w ciążę, ani nie zechcą, żeby się z nimi żenić. Nie oczekują, że ktoś będzie za nie płacił rachunki. I przede wszystkim - jest z nimi o czym rozmawiać. Bo - wracam do Kofty - "Nieważne z kim się kładziesz w pościel, ważne z kim się budzisz".

W drugą stronę to niestety działa tak samo. To "niestety" dotyczy 20-30-latków, z ich nadpobudliwością, przedwczesnym wytryskiem, i zerową wiedzą na temat kobiecych potrzeb. Im piękniejszy, tym głupszy w te klocki. A kto ich miał nauczyć, jak zaspokoić kobietę? I kto ich zmusi, żeby się trochę postarali? Przecież statystycznie każdy z nich ma 4 do wyboru.
Smutne to i źle wróży na przyszłość. Zanim zdążą zrozumieć, że liczy się jakość, a nie ilość, już dopadnie ich syndrom wypalenia, impotencja stresopochodna, poczucie ogólnego znudzenia.

Wtedy usiądą do komputera, wejdą na portal randkowy i zaczną wysyłać zaproszenia na "kawę" 50-letnim kobietom...